Aktualności

  • Mandrysz: Sam fakt grania w finale był dużym osiągnięciem

- Sam fakt grania w finale Pucharu Polski jest dużym osiągnięciem, czy to w roli piłkarza, czy też w roli trenera. Nie ukrywam, że w swojej karierze trenerskiej miałem kilka innych, ważniejszych sukcesów, bo przede wszystkim liczy się efekt końcowy, a my ten finał przegraliśmy - powiedział w rozmowie z Głosem Szczecińskim Piotr Mandrysz, trener, który poprowadził Pogoń 10 lat temu do gry w finale Pucharu Polski.


Wspomina Pan jeszcze finał Pucharu Polski? To było dla Pana najważniejsze wydarzenie w karierze sportowej?

Wspominam, bo sam fakt grania w finale Pucharu Polski jest dużym osiągnięciem, czy to w roli piłkarza, czy też w roli trenera. Nie ukrywam, że w swojej karierze trenerskiej miałem kilka innych, ważniejszych sukcesów, bo przede wszystkim liczy się efekt końcowy, a my ten finał przegraliśmy. Może więc nie jest to wydarzenia w mojej trójce najważniejszych, ale bardzo blisko podium. Pamiętam, że było to ogromne przeżycie dla mnie, ale i dla wszystkich osób związanych z klubem – dla pracowników, ale i ogromnej rzeszy kibiców. Cały czas pamiętam, jak wielu kibiców pojechało z nami do Bydgoszczy, a na samą myśl o tej atmosferze łza w oku się kręci.

Jak myśli Pan o finale to pierwsze co przychodzi na myśl, to żal o sytuację z początku spotkania, gdy sędzia Robert Małek nie wyrzucił jednego z obrońców Jagiellonii z boiska za faul na Marcinie Bojarskim?

To był bardzo istotny moment tego spotkania i cały czas uważam, że sędzia Małek podjął złą decyzję. Nie kwestionuję sytuacji, czy to było przed polem karnym, na linii pola karnego czy już w samym polu karnym, ale samo wyjście naszego zawodnika na pozycję sam na sam i powstrzymanie tego faulem, to w myśl ówczesnych i obecnych przepisów musi skończyć się czerwoną kartką. A wszyscy wiemy, co to znaczy grać przez większość spotkania w osłabieniu. Marokańczyk z Jagiellonii popełnił wtedy błąd i powinien za to zostać usunięty z boiska, ale jak to się mówi: biednemu to i wiatr w oczy wieje. Jako pierwszoligowiec nie byliśmy faworytem tego meczu i pupilami rozjemcy.

Piłkarze z Pana zespołu przyznają, że ta sytuacja siedziała im w głowach nawet w przerwie finału, a to mogło mieć wpływ na grę w II połowie. Pan też tak to odbiera?

Nie, natomiast mija 10 lat od finału, a cały czas ja i zawodnicy podkreślają, że był to kluczowy moment spotkania. Ja nie chcę nikogo teraz zapewniać, że przy grze w przewadze byśmy ten mecz wygrali, ale na pewno szanse byłyby wyrównane. To przecież Jagiellonia wtedy była faworytem, była zespołem lepszym na boisku, z doświadczeniem z ekstraklasy. Ale gra w przewadze mogłaby to zrównoważyć i różnie się to mogło ułożyć. Nie ma się co czarować – zdobycie Pucharu Polski przez Pogoń byłoby największym osiągnięciem w historii klubu, a ja mógłbym się tym pochwalić. A tak mogę tylko być zadowolony ze skopiowania wyników z 1981 i 1982 roku.

Wstydu nie było…

To był nasz dobry mecz. Chciałbym raz jeszcze podkreślić, że to był finał rozgrywany przy fantastycznie dopingujących rzeszach kibiców z obu stron. Marzeniem każdej osoby działającej w sporcie jest, by każde spotkanie toczyło się przy tak głośnym i kulturalnym dopingu. Nie pamiętam antagonizmów, każdy dopingował swoją drużynę i cieszył się tym świętem. Bo to naprawdę było święto. Muszę powiedzieć, że nie pamiętam – a przecież w Pogoni grałem ładnych kilka sezonów – żeby takie tłumy kilka dni przed meczem ustawiały się w kolejkach po bilety. Widziałem to na własne oczy, serce rosło, ale i pokazywało mi, zawodnikom, jak to jest ważne wydarzenie. Widać było ogromną radość fanów, wiarę, to, że chcą być z nami i uczestnikami tego święta. Przegraliśmy, a po meczu kibice też zachowali się wzorowo, bo jak wracaliśmy to nas wspierali, dziękowali za walkę, za naszą obecność w finale. A przecież nikt takiego sukcesu nie planował, drogę do finału mieliśmy ciernistą, bo w dramatycznych okolicznościach wygraliśmy w Elblągu z Olimpią, gdzie przez ponad 100 minut graliśmy w osłabieniu, gdy Piotr Petasz dostał czerwoną kartkę. Bramkę zdobyliśmy w dogrywce, a walczyliśmy nie tylko z przeciwnikiem, ale i potwornym upałem. W kolejnej rundzie trafiliśmy na Kotwicę Kołobrzeg. Tam byliśmy praktyczni już wyeliminowani, bramkę nam strzelił np. Adam Frączczak, ale wygraliśmy po hokejowym wyniku i też po dogrywce. Później wyeliminowaliśmy ekstraklasowych przeciwników: Polonię Warszawa (z Radkiem Majdanem w bramce, którego pięknym golem pokonał Daniel Wólkiewicz), Piasta Gliwice i wreszcie w półfinale z Ruchem Chorzów, który wtedy był na 3. miejscu w tabeli. Drogę mieliśmy więc długą, ciężką i z perspektywy czasu trochę żal, że sędzia podjął taką a nie inną decyzję. Myślę, że w PZPN wszyscy byli jednak zadowoleni, że w pucharach będzie grał ekstraklasowy zespół, a nie my - z I ligi.

CAŁĄ ROZMOWĘ PRZECZYTASZ TUTAJ!

Autor: GS24.pl
Żródło: własne
Wyświetleń: 2046

Komentarze dostępne tylko dla zalogowanych użytkowników. Zarejestruj się lub zaloguj tutaj.


Trwa ładowanie komentarzy...