Aktualności

18 września 2021 roku "Pogoń" Szczecin w 8. kolejce sezonu 2021/22 zmierzy się u siebie z drużyną "Cracovii". Tego samego dnia mija 65. rocznica urodzin przedwcześnie zmarłego jednego z najlepszych zawodników i najwybitniejszych bramkarzy w historii drużyny "Portowców", Marka Szczecha. Ta zbieżność dat zainspirowała mnie do napisania poniższego tekstu. Marek Szczech wystąpił bowiem w dwóch meczach ekstraklasowych "Pogoni" przeciwko drużynie "Pasów" w sezonie 1982/83 i oba te spotkania zapisały się w historii ligowych konfrontacji tych zespołów, choć każde w diametralnieinny sposób. Drugie z nich mogło zaważyć na całej dalszej karierze szczecińskiego bramkarza.


31 października 1982 roku, w 12. kolejce sezonu 1982/83 "Pogoń" Szczecin, wówczas zajmująca 5. miejsce w tabeli, podejmowała u siebie zajmującą miejsce 10. drużynę "Cracovii". Spotkanie zakończyło się po niezłej grze drużyny gospodarzy zwycięstwem "Portowców" 4:0. Jest to po dzień dzisiejszy najwyższe zwycięstwo "Pogoni" w ekstraklasowych meczach przeciwko krakowskiej drużynie. Marek Szczech miał swój znaczący wkład w jego odniesienie znakomicie interweniując w pierwszej połowie meczu po dwóch groźnych strzałach napastnika krakowian Krzysztofa Gacka. Mecz ten zapoczątkowałteż trwającą do poprzedzającego mecz z drużyną krakowską w rundzie wiosennej spotkania przeciw "Widzewowi" Łódź passę sześciu kolejnych spotkań ligowych rozegranych w Szczecinie, w których Marek Szczech zachował czyste konto.

Przed rozegranym w rundzie wiosennej 8 czerwca 1983 roku meczem z drużyną "Cracovii" "Pogoń" zajmowała 4. miejsce w tabeli tracąc do liderującego wówczas w tabeli "Ruchu" Chorzów cztery punkty. Tylko "Ruch" w tamtym czasie stracił w lidze mniej bramek niż szczecinianie ustępując jednak "Pogoni" wyraźnie pod względem liczby zdobytych goli. Jako że mecz ten z powodu udziału "Portowców" w rozgrywanym w Bremie turnieju o puchar miast portowych przełożono, był on ostatnim spotkaniem 27. kolejki, a odniesione w nim przez szczecinian zwycięstwo zmniejszyłoby dystans do "niebieskich" do dwóch "oczek" na trzy kolejki przed końcem sezonu. Zatem cały czas istniała możliwość uczestnictwa w rywalizacji o tytuł mistrzowski, bądź przynajmniej o miejsce gwarantujące występ w europejskich pucharach. W trzech poprzednich spotkaniach - 24., 25. i 26. kolejki - "Portowcy" zdobyli zaledwie jeden punkt przez co stracili pierwsze miejsce w tabeli, jakie zajmowali po 23. serii rozgrywek. Cracovia z kolei przed meczem z "Pogonią" okupowała przedostatnie miejsce w tabeli "walcząc o spadek", niestety, jak się wkrótce okazało w tym sezonie jeszcze nieskutecznie.

W rzeczonym spotkaniu przeciwko "Pasom" "Pogoń" uległa 0:3. Zespół jako całość zagrał słabo, ale z uwagi na ewidentne błędy popełnione przez bramkarza "Portowców" przy utracie dwóch pierwszych bramek jego głównie obarczono winą za poniesioną przez drużynę porażkę. Błędy te popełnione przy golach zdobytych w 16. minucie gry przez Cezarego Tobolika i 50. przez Pawła Karasia były podobne - Szczech najpierw odbijając, a później wypuszczając piłkę z rąk prokurował zagrożenie pod własną bramką, które wykorzystał przeciwnik. Cztery minuty po skapitulowaniu po raz drugi bramkarz "Pogoni" został zmieniony decyzją trenera Eugeniusza Ksola przez Zbigniewa Długosza. Ten co prawda nie uchronił "Portowców" od utraty trzeciej bramki w tym meczu, ale nie ponosił winy za jej utratę. W pomeczowej wypowiedzi trener "Pogoni" stwierdził: "Zmieniłem po drugiej bramce Szczecha, bo mogło dojść do tragedii.".

Porażka w Krakowie od razu wywołała w naszym mieście domysły o nieczystym przebiegu meczu. Nadtytuł zamieszczonej 9 czerwca 1983 roku w "Kurierze Szczecińskim" relacji ze spotkania brzmiał: "Czy zaczynają się "środy cudów"?", a w jej treści informowano, że porażka "Portowców" w Krakowie była z racji na pozycję w tabeli Ekstraklasy drużyny gospodarzy przewidywana przed meczem i to nawet w znacznie wyższym rozmiarze. W kolejnym, piątkowo-niedzielnym wydaniu tej gazety autor podpisany "(get)" nawiązywał wyraźnie, choć nie bezpośrednio do tego meczu w tekście pt. "Ja wiem, a pan rozumiesz..." pisząc: "Kiedy kpią z ciebie, kibicu, w żywe oczy i jeszcze wmawiają, że wszystko jest w porządku, że to  t y l k o  sport, w którym  w s z y s t k o  może się zdarzyć, trafia cię po prostu szlag. Wiesz dobrze, że zostałeś oszukany, że twoje marzenia o  w z g l ę d n i e  czystej grze raz jeszcze wzięły w łeb. Raz jeszcze potraktowano cię jak pętaka, którego ma się w głębokiej pogardzie, mimo że od twojej postawy - przyjdziesz, czy nie przyjdziesz na mecz - zależy egzystencja tych panów  co kopią i tych którzy nimi manipulują.". W kolejnym akapicie swojego tekstu autor wytłuszczonym drukiem dawał do zrozumienia o czym pisze i wyjaśniał dlaczego nie pisze o tym wprost: "Ten tekst jest oczywiście tekstem o pewnej sprawie, kiedy nie można już dziś udowodnić machlojki, dlatego nie ma tu nazw, nazwisk i faktów, ale przecież pan rozumiesz...". W tym samym wydaniu "Kuriera Szczecińskiego" w przedmeczowej rozmowie przed rozegranym 12 czerwca 1983 roku spotkaniem 28. kolejki sezonu 1982/83 "Pogoń" Szczecin - "Gwardia" Warszawa pytany przez dziennikarza gazety o przyczyny porażki w meczu przeciwko "Cracovii" grający w nim w pełnym wymiarze czasowym napastnik "Portowców" Mirosław Zambrzycki odpowiedział: "Na ten temat wolałbym się nie wypowiadać. Mogę tylko stwierdzić że o porażce zadecydowały ewidentne błędy bramkarza.". O zmarnowanej przez siebie w 32. minucie meczu dogodnej sytuacji do strzelenia bramki nie wspomniał.  

Postawa w meczu przeciwko "Cracovii" spowodowała, że Marek Szczech stracił miejsce w bramce "Pogoni". Nie zagrał w żadnym z 3 kolejnych spotkań drużyny w Ekstraklasie w sezonie 1982/83. Wówczas jak i większość sezonu 1983/84 podstawowym bramkarzem "Portowców" był Zbigniew Długosz. Jesienią 1983 roku nieistniejący już od dawna, a wówczas bardzo popularny, regionalny tygodnik "Morze i Ziemia" opublikował artykuł poświęcony ówczesnej sytuacji Marka Szczecha autorstwa Krzysztofa Matlaka zatytułowany "Nos Smolarka a sprawa Szczecha", w którym autor m.in. dał się wypowiedzieć naszemu bramkarzowi i innym osobom związanym z klubem na temat tego co stało się w Krakowie, oraz opisał, co spotkało Marka po dotkliwej porażce z "Cracovią" ze strony kibiców naszego klubu: "W chwili pojawienia się Szczecha na stadionie po raz pierwszy w roli rezerwowego, ludzie wstali i gwizdali. Mało nie doszło do rękoczynów. Wcześniej ktoś szczególnie zacietrzewiony porysował samochód człowiekowi osądzonemu przez tłum. Były także inne incydenty.". W konkluzji artykułu Krzysztof Matlak bronił bohatera swojego tekstu przed pomówieniami o nieuczciwość. 

Marek Szczech powrócił między słupki dopiero w rozegranym w Szczecinie 28 kwietnia 1984 roku meczu 22. kolejki przeciwko warszawskiej Legii przegranym przez "Pogoń" 0:2. Bronił też w siedmiu z ośmiu kolejnych ligowych spotkań naszej drużyny w tamtej edycji rozgrywek Ekstraklasy. Sezon 1984/85 rozpoczął jako pierwszy bramkarz broniąc w czternastu z piętnastu ligowych meczów "Pogoni" w rundzie jesiennej. Grał też w obydwu meczach naszej drużyny w Pucharze UEFA przeciwko 1. FC Köln. Wiosną wystąpił w trzech spotkaniach, po czym ponownie stracił miejsce w bramce na rzecz Zbigniewa Długosza, gdy w marcu 1985 roku trenerem "Portowców" w miejsce Eugeniusza Ksola został Maciej Hejn, a drużyna zajmowała ostatnie miejsce w tabeli. W sezonie 1985/86 nowy trener "Pogoni" Leszek Jezierski postawił na Marka Szczecha, który wystąpił w osiemnastu meczach ligowych drużyny tracąc wówczas miejsce między słupkami jedynie z powodu żółtaczki. Po odejściu z klubu Zbigniewa Długosza po rundzie jesiennej tamtego sezonu pozycja Szczecha jako pierwszego bramkarza "Portowców" była niekwestionowana aż do zakończenia przez niego kariery piłkarskiej po rundzie jesiennej sezonu 1988/89. W wicemistrzowskim sezonie 1986/87 wystąpił we wszystkich spotkaniach ligowych w pełnym wymiarze czasowym walnie przyczyniając się do odniesionego przez zespół historycznego sukcesu. Grał też w obydwu meczach Pucharu UEFA przeciwko drużynie Hellas Verona. W sezonie 1987/88 nie wystąpił z powodów zdrowotnych tylko w jednym meczu. W ostatniej swojej rundzie w barwach "Portowców" na piętnaście meczów grał w trzynastu.   

Do wydarzeń z wiosny 1983 roku Marek Szczech wracał w rozmowach z dziennikarzami w latach późniejszych, gdy był już niekwestionowanie bramkarzem znanym i o uznanej marce. W przeprowadzonym przez redaktora Jerzego Chromika w 1987 roku wywiadzie dla tygodnika "Sportowiec" pt. "Człowiek w bermudach" powiedział: "zbytnia podejrzliwość omal nie doprowadziła w moim przypadku do wcześniejszego zakończenia kariery. Posądzono mnie o celowe puszczenia bramek w meczu z Cracovią. Ludzie porysowali mój samochód, a w klubie powołano specjalną grupę dochodzeniową. Nie miałem życia przez kilka tygodni. Zostało czyste sumienie i rozsądna żona. To ona doradziła mi, aby wybaczyć nieżyczliwym i wrócić do bramki. Nie miałem na to ochoty.". W udzielonym później w tym samym roku redaktorowi Tomaszowi Jagodzińskiemu wywiadzie dla "Przeglądu Sportowego" pt. "Ręce Marka Szczecha" wspominał: "Po przegranym meczu z Cracovią zostałem posądzony o sprzedanie punktów. Jeszcze dzisiaj włos jeży mi się na głowie, jak sobie przypomnę to straszne oszczerstwo. Najgorszemu wrogowi bym nie życzył tego, o co mnie wtedy posądzono. Strasznie to przeżywałem, byłem bliski załamania psychicznego. Na szczęście mam rozsądną żonę i w tym trudnym momencie bardzo mnie wspierała.".

I tak kończy się to moje wspomnienie o tym jak indywidualne błędy powodowały zespołową porażkę, a zespołowa porażka indywidualny dramat ich sprawcy. W przypadku Marka Szczecha to na szczęście historia z happy endem.

Autora tekstu znajdziesz na Twitterze! Kliknij TUTAJ!

szczech

fot. z kolekcji Piotra Więcława

V-KOWY MŁYN - MIEJSCE DO ROZMÓW O WSZYSTKIM

Tu podaj tekst alternatywny

Autor: @Mial1986_87
Żródło: własne
Wyświetleń: 4130

Komentarze dostępne tylko dla zalogowanych użytkowników. Zarejestruj się lub zaloguj tutaj.


Trwa ładowanie komentarzy...