Aktualności

Paulo Coelho napisał kiedyś, że emocje są jak dzikie konie. Śmiem wątpić, czy interesował się futbolem, gdyż zapewne porównanie to, nie byłoby tak łagodne. Nawet w jego przypadku.


Emocje te są przede wszystkim skrajne. Rzadko kiedy coś jest obojętne. Szczególnie, gdy chodzi o poszczególnych zawodników. Każdy ma swoich ulubieńców oraz takich piłkarzy, których zupełnie nie trawi. Co ciekawe, często jest nawet tak, że konkretny grajek jest lubiany przez jednych, a nienawidzony przez drugich. I to wśród kibiców jednej drużyny! Pamiętacie Patryka Małeckiego? To już wiecie, co mam na myśli. Jedni potrafili widzieć w nim mega walczaka, któremu po prostu nie wychodziło. Inni bardziej skłaniali się ku teorii, że to jeździec bez głowy, który głównie irytował.

U Małego było to w miarę stałe, kto raz go znienawidził, już raczej później nie pokochał. I odwrotnie. Jak jednak wiadomo łaska pańska na pstrym koniu jeździ. Zdecydowanie częściej więc sympatia dla zawodników zależy od ich aktualnej dyspozycji. W naszej ukochanej Ekstraklasie jest to istny rollercoaster, od którego naprawdę chce się rzygać.

W tym wszystkim jest jeden piłkarz, który zachowując wszystkie powyższe stany, trochę jednak się wyłamywał. Mowa o Mateuszu Matrasie. Wspominałem już kiedyś, że lubię długie wstępy? ;)

Matrix na początku swojej przygody z Pogonią był katastrofą. Niby ograny w Ekstraklasie, niby z doświadczeniem w Europejskich pucharach, do tego występy w młodzieżowych reprezentacjach. Warunki fizyczne całkiem niezłe, możliwość gry nie tylko w środku pomocy, ale i na stoperze. A jednak coś nie żarło. Zero zaangażowania, żadnej korzyści zarówno z przodu, jak i z tyłu. Wychodził i na alibi przedreptał otrzymane na murawie minuty. Co ciekawe, dostawał ich całkiem sporo od ówczesnego trenera Wdowczyka. Później od Kociana zresztą też. Żartowałem wtedy, że więcej by dawał klubowi, gdybyśmy go wysłali na plac Rodła, żeby rozdawał ulotki, chociaż i to było wątpliwe, bo trzeba jednak tę rękę do ludzi wyciągnąć. Nawet jego pierwszy gol miał znamiona niechcenia (2 listopada 2014, Zabrze), przy pierwszej możliwości strzału odstawił nogę, dopiero gdy okazało się, że już nie ma innej opcji i każdy widzi, że trzeba strzelać, to uderzył. Wpadło.

Pod koniec tamtego sezonu z kadry wypadł nam Hernani i z konieczności trenerzy (najpierw Kocian, później Michniewicz) musieli przesunąć Matrasa na obronę. Wtedy to naszemu brzydkiemu kaczątku zaczęły powoli prześwitywać łabędzie pióra. Partnerując w defensywie Wojtkowi Golli praktycznie do samego końca rundy był pewny w swoich interwencjach jak nigdy. Wtedy na sektorze nr 3 powstał okrzyk MATRAS KRÓL! Dotychczasowe doświadczenia kazały znaleźć jakieś logiczne wytłumaczenie takiego stanu rzeczy. Wygrała teoria o mniej skomplikowanych zadaniach typu: odbierz, wybij. Jak jednak pokazały kolejne sezony, niekoniecznie o to chodziło.

Powrót do środka pola w sezonie 2015/16 sprawił, że już chyba żaden z fanów Pogoni nie wyobrażał sobie kogoś innego obok Rafała Murawskiego. Matras był zawsze tam, gdzie szła akcja przeciwnika. Mając piłkę przy nodze, mimo rywali wokół, zachowywał się jakby niósł sobie filiżankę z herbatą z kuchni do salonu. Na spodku. Prawie przelaną. Bez uronienia kropli. I z tego swojego poziomu do tej pory nie zeskoczył. Trener Moskal kombinował na początku tego sezonu wariantów bez naszego Yao Minga i wszyscy doskonale pamiętamy jak to wyglądało. Przywrócenie go do łask zaowocowało najlepszym ofensywnie sezonem w karierze (4 bramki, 3 asysty).

Dziś już wiemy, że będzie to ostatnie pół roku Matrasa w granatowo-bordowym pasiaku. Czy jest czego żałować? Jak cholera. Zwłaszcza, że niepewna jest także przyszłość Kapitana Murawskiego. Czy można było coś zrobić? Chyba nie. Lechia jest teraz trochę jak PSG - kogo chce, tego wyciągnie. Co ciekawe, analogie do francuskiego giganta nie muszą się na tym skończyć. Oczywiście nie życzę Matrixowi źle, ale nie możemy wykluczyć powtórzenia casusu Krychowiaka – do transferu forma życia, po transferze cień piłkarza. Dla nas najistotniejsze jednak jest to, aby do końca swojego pobytu w Pogoni nie zatracił swoich umiejętności i zaangażowania. A przypadki takie już bywały (wspomniany chwilę wcześniej Wojciech Golla).

Zresztą Lechia jest trochę jak ten bogaty cwaniaczek z tylnej ławki, który zgarnia pochwały nauczycielki powtarzając głośno to, co zbyt cicho odpowiedział kujon. Matras podebrany jawnie, ale spójrzmy na inne transfery. Kuciak? Jego temat przewijał się w Pogoni jeszcze nie tak dawno temu. Ponoć rozmowy były dosyć zaawansowane i zatrzymały się na finansach. Mi tam go nie szkoda, zbyt często wyzywałem go od pajacyków, żebym teraz normalnie mógł patrzeć na niego w koszulce z gryfem. Kolejne nazwisko – van Kessel – słyszeć mogliśmy w plotkach transferowych jeszcze dłużej, nawet dzisiejsza konferencja z prezesem Mroczkiem to potwierdziła. Ponownie poszło o kasę. Dziwne, że nie zgarnęli jeszcze Štilića.

Wiadomo, najłatwiej wszystko zrzucić na pieniądze. Może jednak sam powód odejścia Matrasa był dużo bardziej prozaiczny?

Autor: Szczepan
Żródło: własne
Wyświetleń: 5276

Komentarze dostępne tylko dla zalogowanych użytkowników. Zarejestruj się lub zaloguj tutaj.


Trwa ładowanie komentarzy...