Aktualności

  • Vka EKSTRA: Łukasz Zwoliński: "Paprykarzu, twoje miejsce jest w Szczecinie."

W plebiscycie organizowanym przez Polski Związek Piłkarzy wybrany największym odkryciem 1. ligi i najlepszym młodym piłkarzem 1 ligi w roku 2013. Wybór Marcina Sasala i Marka Chojnackiego przy pięciu polecanych pierwszoligowcach dla klubów T-Mobile Ekstraklasy. Ulubieniec kibiców z Łęcznej, strzelec 8 goli w poprzednim sezonie 1. ligi i kilku w meczach reprezentacji U-20. Wygwizdany po pierwszym meczu na Twardowskiego po wojażach na wypożyczeniach. Z chłopakiem stąd, Łukaszem Zwolińskim, rozmawiałem pierwszy raz od jego wyjazdu do Gdyni.


Gdybyś miał wskazać przełomową datę/wydarzenie dla siebie od momentu przyjścia do Pogoni, co by to było?

To byłyby chyba dwie daty. Pierwsza to jak mnie trener Sasal już na stałe zaprosił do pierwszego zespołu i pojechałem z chłopakami do Turcji na obóz. To była taka pierwsza naprawdę przyjemna rzecz dla mnie, że dostałem w końcu tę upragnioną szansę. Z juniorów zostałem wyciągnięty do seniorów. Druga to mistrzostwa Polski juniorów. Trenowałem już z pierwszym zespołem, ale pojechaliśmy z chłopakami do Gdyni. Naprawdę super okres! Jeszcze dorzuciłbym awans z Pogonią do Ekstraklasy. Wiadomo, ja tam za dużo nie pomogłem chłopakom ale byłem na ostatnim meczu w Gdyni i powrót, radość, łzy, przywitanie przez kibiców w środku nocy to było coś niesamowitego.

Trochę mnie zdziwiłeś bo myślałem, że podasz datę meczu Twojego debiutu w Ekstraklasie, z Jagiellonią.

- Szczerze? Nie byłoby tego debiutu gdyby nie kontuzja Donalda. Ja wychodzę z założenia, że to nie była szansa od trenera, tylko zagrałem z konieczności. Bez rozgrzewki wbiegłem na boisko… no nie był to taki debiut z prawdziwego zdarzenia.

 

 

Wiem, że nie wypowiesz się źle o swoich byłych a tym bardziej obecnych kolegach z drużyny, więc nie będę Cię stawiał w takiej niezręcznej sytuacji. Powiedz tylko, co czułeś kiedy po awansie do Ekstraklasy grali tacy piłkarze jak Donald, Traore, Chałas, czyli zawodnicy, którzy w żaden sposób nie wywiązywali się z roli napastnika a Ty nie dostałeś tak naprawdę swojej szansy?

 

- Nie raz już podkreślałem, że miałem jakiś żal. W rezerwach gryzłem trawę, strzelałem bramki, starałem się jak najbardziej pokazać trenerowi a zawsze przychodził nowy napastnik i musiałem czekać aż ta szansa nadejdzie. Jak już myślałem, że się doczekałem to wtedy sytuacja się powtarzała. To nie były miłe chwile. Teraz już sobie myślę, że było minęło i nie ma co do tego wracać. Staję przed szansą dużo większą niż wtedy. Boisko wszystko zweryfikuje.

 

Wtedy trenerem Pogoni był Artur Skowronek. Co możesz powiedzieć na jego temat?

 

- Poukładany trener. Pod względem szkoleniowym miał duży warsztat. Wszystko musiało być u niego na tip top. Przed każdym treningiem mieliśmy odprawy co będziemy robić, ile czasu. Do wszystkiego podchodził profesjonalnie. Chciał żebyśmy za wszelką cenę grali piłkę ofensywną. Nie zawsze to wychodziło. Nie wystraszył się celów, które dostał od prezesów. Na pewno chciał dobrze a jak to później wyszło to wszyscy widzieliśmy.

 

Trochę świadomie chciałem Cię wpakować na minę, bo z różnych źródeł słyszałem, że zbyt wielkiego poważania w szatni trener Skowronek nie miał.

 

- Mnie później nie było. Nie byłem na obozie w Turcji z chłopakami, bo już wyjechałem do Gdyni. Po tamtym okresie wychodziły takie pogłoski. Mnie wtedy w Pogoni nie było i nie mam pojęcia jak ta sytuacja wyglądała naprawdę. Nie jestem w stanie Ci powiedzieć, czy to była prawda czy nie.

 

O trenerze Skowronku przez chwile panowała opinia, że nie potrafi powiedzieć zawodnikom prosto w oczy, że już nie będzie dłużej korzystał z ich usług. Tak prawdopodobnie było z Grześkiem Boninem. Jak to wyglądało w Twojej sytuacji?

 

- Moja pierwsza rozmowa z trenerem Skowronkiem wyglądała mniej więcej tak, że mówił do mnie: „Słuchaj Łukasz, jesteś młody, jesteś wychowankiem. Mamy trzech napastników. Jesteś Ty, jest Donald, Traore. Każdy z Was ma 33,3% szans. Zaczynacie z białą kartą ale Ty masz tych szans jeszcze więcej. Jesteś stąd i ja na Ciebie postawię.” Wiemy jak to się później potoczyło.

 

W którym miejscu straciłeś te szanse jak miałeś ich więcej?

 

- Do tej pory zadaję sobie to pytanie.

 

Pojechałeś do Gdyni. Fantastycznie wspominasz ten okres…

 

- Samo wypożyczenie to nie był czas stracony. Ja zawsze podkreślam, że to był pierwszy okres w moim życiu, kiedy opuściłem Szczecin, rodziców i musiałem zamieszkać sam. Sam musiałem dojeżdżać na treningi, robić sobie jedzenie. Naprawdę, mała szkoła życia. Bardzo dobrze to wspominam. Dzięki temu wyjazdowi było mi łatwiej z aklimatyzacją w Łęcznej. Jeśli chodzi o sprawy sportowe to wiadomo, było tego bardzo mało… ale mówię, pod względem mentalnym i wszystkim co siedzi w głowie to było budujące.

 


Właśnie. Życiowo mówiłeś, że się rozwinąłeś, ale chyba sportowo zbytniego progresu przez ten czas nie poczyniłeś.

 

- Najciekawsze było to, że jak szedłem do Łęcznej czy ogólnie po zakończeniu tego wypożyczenia w Arce miałem przypiętą łatkę, że co to za napastnik, który w 11 meczach bramki nie strzelił. Tylko zebrałem wtedy bodajże 211 minut w Arce. Grałem praktycznie same ogony, ale wiadomo, łatka była przypięta. Na szczęście od razu w następnym sezonie w Łęcznej udało mi się, mam nadzieję, na stałe wymazać tę opinię.

 

Pochwal się, jakie ciekawe hasła padały pod Twoim adresem w Gdyni ze strony kibiców?

 

- A to już chyba gdzieś przeczytałeś?(śmiech)

 

Mamy wspólnych znajomych.

 

- A no tak! Przyszedłem do Arki, chciałem tam zdobywać doświadczenie a kibice ze względu na to, że byłem ze Szczecina, z Pogoni to za miło mnie nie przywitali. Zawsze były hasła typu „Paprykarz”, głupie zdania z trybun leciały… Nawet czasami po wygranych meczach słyszałem: „Zwoliński wypierdalaj do Szczecina, tam jest twoje miejsce”. Mieli pretensje dlaczego w ogóle ktokolwiek wziął do Arki zawodnika z Pogoni. Ja przede wszystkim chciałem się rozwijać a Arka dawała mi taką możliwość.

 

Rafał Murawski bardzo mocno się obruszył jak zapytałem go o sprawy kibicowskie, jaki on ma do tego stosunek. Ty non stop podkreślasz, że jesteś ze Szczecina i tu chcesz grać. W Łęcznej chyba problemu z kibicami nie miałeś. Jak Ty się na to zapatrujesz?

 

- Tam gdzie się gra tam się daje z siebie 100%. Za dużo kibiców może w Łęcznej nie mieliśmy, ale jeździli na każdy wyjazd. Ani razu nie gwizdali na nas nawet jak przegrywaliśmy mecze z takim ROWem Rybnik, czy z Okocimskim Brzesko. Jechali nawet do Świnoujścia. Była ich może niewielka ilość na wyjazdach ale byli na każdym meczu. Wiadomo, jak się wygrywa to i my jesteśmy zadowoleni i kibice. Po porażkach czy remisach nie było głów spuszczonych w dół, kłótni czy sprzeczek. Zawsze skandowali, że są z nami. Tak było od pierwszej do ostatniej kolejki. Mam duży sentyment do kibiców z Łęcznej. Każdy chłopak z zespołu na pewno ma. Byliśmy bardzo zżyci z kibicami.

 

Trochę już za daleko zabrnęliśmy a ja na chwilę chciałbym jeszcze wrócić do Gdyni. Nie miałeś tam lekko i na boisku i poza nim. Co Cię tam trzymało na duchu przez najgorszy okres? W pewnym momencie musiałeś już marzyć o powrocie do Szczecina.

 

- Nie tyle marzyłem co… po prostu co miałem zrobić? Obrazić się? Zamknąć w sobie i spuścić głowę? Trzeba walczyć do końca! Ostatni mecz bodajże graliśmy z Katowicami. Zagrałem pełne 90 minut i z kim nie rozmawiałem zbierałem bardzo dobre recenzje. To byłby dopiero powód do pisania, że „mieliśmy rację” gdybym wyszedł na boisko i nic nie pokazał. Tak to chociaż w ostatnim meczu mogłem trochę utrzeć nosa tym, którzy od początku na mnie narzekali. A wracając do pytania. Co pomogło… Na pewno w szatni było wielu młodych zawodników, z którymi jeździłem na kadrę: Mateusz Szwoch, Michał Szromnik, Michał Rzuchowski. Z Rzuchem ze Szczecina się znaliśmy jeszcze z kadry wojewódzkiej. Nie było tak, że byłem tam absolutnie sam. Z Michałem Rzuchowskim byliśmy sąsiadami, mieliśmy wspólny balkon. Zawsze razem jeździliśmy na treningi. Na pewno nie było tak, że wracałem po treningach do domu i smutny siedziałem w kącie czy oglądałem telewizję i się przejmowałem moją sytuacją.

 

A na mieście spotykałeś się z niechęcią kibiców?

 

- Na mieście nie było tak, że się ludzie krzywo patrzyli. Może po prostu nie byłem rozpoznawalny. Może też dlatego, że za dużo nie wychodziłem bo mieliśmy po dwa treningi dziennie, mecze i zwyczajnie byłem zmęczony. Chciałem wrócić do domu, zjeść coś i odpocząć.

 

A na baletach?

 

- Nie, nie było…

 

Miałeś powiedzieć: „Nie chodziłem na balety!”

 

- (śmiech) to swoją drogą! Jak przychodziłem do Gdyni to od razu zostałem powiadomiony, że kibice znają wszystkie miejscówki, Sopot, Gdynie, Gdańsk. Przychodziłem też po mistrzostwach Polski, byli zadowoleni z mojej postawy i nie chciałem też popsuć swojej sytuacji jakimś głupim wyjściem. I nawiązując do poprzednich słów, nie chciałem dawać powodów do kolejnych narzekań pod moim adresem.

 

Skończyło się Twoje wypożyczenie, wróciłeś do Szczecina. Pamiętam, że byłeś bardzo mocno zdeterminowany żeby tu zostać. Przez chwile wydawało się, że tak się stanie. Dlaczego jednak koniec końców wyjechałeś do Łęcznej? Jeśli mnie pamięć nie myli jeszcze wtedy nie było Robaka w Pogoni.

 

- Dobre pytanie. Byliśmy na obozie w Gniewinie już za trenera Wdowczyka. Przyjechał wtedy Vuk Sotirović, Miki Lebedyński, Tomek Chałas, Donald Djousse plus ja. Było nas chyba pięciu plus jeszcze Kamil Zieliński. Była rywalizacja napastników. Trener wprost oznajmił, że na końcu pożegna się z częścią zawodników. Tym bardziej byłem zdeterminowany po powrocie żeby tu zostać. Była walka, czysto sportowa na boisku. Przyszedł ostatni dzień treningu i trener wyczytuje kto zostaje a kto jedzie do domu. Ja byłem w grupie, która została. Wygrałem rywalizację z Mikim Lebedyńskim, Vukiem… nie pamiętam kto wtedy jeszcze został, chyba Tomek Chałas i Donald Djousse. Pojechaliśmy później na sparing, już nie pamiętam z kim. Po sparingu wracam i podchodzi do mnie trener i mówi, że chce żebym poszedł na wypożyczenie. To była końcówka okresu przygotowawczego, jakoś tydzień do ligi. Ja w szoku, nie wiedziałem co powiedzieć. Zaczęło się szukanie klubu. Łęczna chciała Juliena Tadrowskiego a jak mam o sobie powiedzieć to byłem dołączony w pakiecie. Na zasadzie: „a weźcie Zwolińskiego i zobaczcie może wam przypasuje, jak nie to najwyżej wróci”. Pojechałem do Łęcznej, oni już byli po pierwszej kolejce. Trenerowi się na tyle spodobała moja gra, że zostałem. Teraz mogę tylko codziennie dziękować mu, że mnie wziął.

 

Ale chyba pierwsza Twoja myśl była: „Boże, gdzie oni mnie wysyłają?” Łęczna to wtedy nie była potęga a wiadomo, ciężej jest dobrze grać w słabszym klubie.

 

- Ja nawet rozmawiałem z menedżerem. Zapytał mnie: „To co robimy, gdzie byś chciał grać?” Powiedziałem mu, że chcę grać w pierwszej lidze. Mimo tego okresu w Gdyni nie chciałem schodzić do poziomu drugoligowego. Tylko gdzieś niedaleko od Szczecina! To znalazł… Górnika Łęczna… po przekątnej.(śmiech)

 

Faktycznie niedaleko! Pojechaliście tam z Julienem, musiało być Wam ciężko na początku. Z Gdyni jest całkiem blisko do Szczecina, więcej okazji, żeby wrócić do domu a tam, drugi koniec Polski. Musieliście tak naprawdę we dwójkę sobie radzić w nowym otoczeniu.

 

- Mieszkaliśmy w hotelu, który był w połowie drogi między Lublinem a Łęczną. Jak chodziliśmy na busy to przechodziliśmy przez pole kukurydzy. (śmiech) Tak to wyglądało przez pierwsze dwa tygodnie. Jak już później zostaliśmy to wiadomo, znaleźliśmy mieszkania pod wynajem i zamieszkaliśmy w Lublinie. Początki były trudne ale trzymaliśmy się razem. W zespole znałem tylko Grzesia Bonina. Z zespołem jak się później poznaliśmy to już było ok. Jak sie jedzie na drugi koniec Polski to fajnie jest jak się zna osobę, z którą można pogadać. Nawet na boisku żeby się w gierkach lepiej zaprezentować.

 

Nagłe bum w Łęcznej, Łukasz Zwoliński zaczął seriami strzelać gole. Niektórzy pewnie by zapytali: Ale jak to?

 

- Pierwszy mój mecz to 45 minut z Wisłą Płock. To było kilka dni od przyjazdu. Na boisku znałem wtedy tylko Juliena i Grzesia Bonina. Myliłem ksywy, imiona. Chciałem się mocno pokazać. Później pojechaliśmy do Świnoujścia, gdzie strasznie lało. To był typowy mecz walki. Jeździliśmy na dupach, strzeliliśmy bramkę wyrównującą i to był impuls startowy. Zaczęliśmy sezon od dwóch porażek, w końcu udało się zdobyć punkt. Przyszedł mecz u siebie, trener powiedział, że wybiegałem mecz w Świnoujściu i postawił na mnie. W 90. minucie strzeliłem bramkę. Wcześniej miałem stuprocentową sytuację, gdzieś w 70. minucie. Mogłem z pierwszej piłki uderzyć, przyjąłem a bramkarz poleciał w drugi róg. Została praktycznie pusta bramka a nie trafiłem. Odchyliłem się, piłka przeszła obok słupka a ja się przewróciłem. Myślę sobie: „Nie no, co jest?” Zaraz wszyscy kibice za głowy się złapali, Zwoliński z 3 metrów bramki nie strzelił! Ale właśnie może te pół roku w Gdyni nauczyły mnie, że nie można się załamywać i później z dużo trudniejszej sytuacji strzeliłem. Złapałem luz.

 



W prywatnej rozmowie dowiedziałem się opinii trenera Mateńki na Twój temat. Podobno stwierdził, że jeśli uporasz się z głową to będziesz strzelał seriami.

 

- Z trenerem Mateńką zawsze miałem pod górkę. (śmiech) Zawsze na każdym meczu czy treningu się mnie o coś czepiał. To było czepianie się w pozytywnym sensie. Po prostu wymagał ode mnie więcej a ja się denerwowałem. Robiłem to, tamto, strzelałem a on dalej swoje! Był taki okres w rezerwach kiedy strzelałem seriami, później przyszedł mecz, nie strzeliłem i się wkurzałem na siebie. Po każdej niewykorzystanej sytuacji łapałem się za głowę i rozmyślałem. Już dwie minuty nie było mnie w meczu. Rok czasu trenowania z trenerem Mateńką nauczył mnie, też ten wyjazd do Arki, że przy tego typu sytuacjach już stwierdzałem „było minęło” i zaraz będzie kolejna. Z perspektywy czasu więc stwierdzam, że miał rację. Po każdym meczu trener dzwonił do mnie, mówił mi co zrobiłem dobrze, co źle. Jestem mu bardzo, bardzo wdzięczny!


W którym momencie pojawiło się powołanie do kadry?


- Kurcze, nie wiem. To było chyba po meczu z Katowicami jak strzeliłem dwie bramki. Pamiętam zadzwonił do mnie trener Stępiński, który wykładał tutaj na uniwersytecie w Szczecinie. Przekazał mi, że dostanę powołanie. Dokładnie kiedy to było to nie pamiętam. 

 

 

Rozpędziłeś się w Łęcznej, nastrzelałeś bramek, później dorzuciłeś też w reprezentacji... pomyślałeś sobie w połowie sezonu, że to jest czas żeby wrócić do Pogoni?

 

- Nie myślałem, szczerze. Mieliśmy taki sezon, że skończyliśmy na pierwszym miejscu rundę. Trener mi zaufał, grałem tam, skończyłem z 7 bramkami i miałem jeszcze większy apetyt. Oczywiście odbyły się rozmowy, byłem w Szczecinie na święta. Spotkałem się z trenerem i prezesami. Padło wtedy jasne pytanie: „Czy Łukasz Zwoliński jest gotowy do powrotu do Pogoni Szczecin, czy chce wrócić teraz?”. Powiedziałem, że muszę się zastanowić i następnego dnia dam odpowiedź. Nie ukrywam, że dobrze się czułem w Łęcznej i chciałem dołożyć cegiełkę do awansu. Tu był Marcin Robak, który strzelał bramkę za bramką. Musiałem sobie zadać jedno ważne pytanie: „Gdzie będę miał większe szanse na ogranie się i zdobycie doświadczenia?”. To nie był łatwy wybór, ale patrząc z dzisiejszej perspektywy trafny. Przez ten rok zrobiłem spory progres.


W pewnym momencie złapałeś kontuzję, co musiało Ci lekko podciąć skrzydła. Cała sytuacja była dość... zabawna. Strzeliłeś gola, zacząłeś się cieszyć, po czym padłeś na murawę i już nie wróciłeś do gry.

 

- Przy strzelonej bramce, kiedy wyskoczyłem do piłki, bramkarz mnie szturchnął w nogę. Całym ciężarem ciała wylądowałem na skręconej kostce. Nabawiłem się poważnego naderwania. Adrenalina po bramce poszła w górę, z Julienem mieliśmy swoją cieszynkę i szczerze to myślałem, że to rozbiegam i przestanie boleć. Z każdą sekundą widziałem jak noga puchnie. Jak rozwiązałem buta to mi maserzy powiedzieli, że już go z powrotem nie zawiążę. Noga zrobiła się dwa razy większa.

Pamiętam, że trener Stolarczyk obiecał, że przyjedzie na mecz bo chłopaki grali gdzieś niedaleko. To przyjechał... w 15. minucie jak strzeliłem bramkę i już byłem poza boiskiem.(śmiech)

 

Przypomniałeś mi o cieszynce. Skąd ten pomysł?

 

- Julien ma wiele fajnych pomysłów.(śmiech) W pierwszej rundzie oglądaliśmy sobie cieszynki. On mi pokazywał z ligi francuskiej. W pewnym momencie, jak miałem już tych bramek troszkę na koncie, to stwierdziliśmy, że musimy jakąś wymyślić, żeby razem ją pokazać. Znalazł ją w internecie, poćwiczyliśmy chwilę i wyszło.(śmiech) 


Wracasz po sezonie do Pogoni i znowu dostajesz „gonga” od działaczy. Najpierw miałeś zostać po czym nagle stwierdzili, że jednak masz iść na kolejny rok wypożyczenia. Nawet sobie nie wyobrażam co sobie zacząłeś myśleć...

- Najgorsze... najlepsze jest to, że ten klub mam w sercu i ciężko mi było przez pewne decyzje przechodzić. Odkąd jestem w Pogoni, ile razy się wkurzałem... ile razy nawet gdzieś łzy się w moich oczach pojawiały przy niektórych decyzjach. Ale wiadomo, Pogoń to Pogoń. W Łęcznej już miałem wszystko dograne na następny rok, mieszkanie, telewizję, internet, swoje rzeczy. Wyjechaliśmy na obóz i w pierwszym dniu dostałem telefon, że muszę wracać do Szczecina. Myślałem, że ktoś sobie żarty robi! Ale sam za chwilę do mnie napisałeś, że mnie tu ściągają z powrotem. Z samego rana byłem w pociągu do Gniewina i zagrałem tego samego dnia w meczu z Legią.

Przetacza się już w tej rozmowie nazwisko Robaka. Niestety, przynajmniej na razie się od tego nie uwolnisz. W Łęcznej miałeś duże poparcie ze strony kibiców, w Szczecinie... no na razie się na to nie zapowiada. Gdzieś czytając opinie w internecie czy wnioskując po gwizdach przy okazji meczu z Werderem musisz się nastawić na to, że Łukaszowi Zwolińskiemu – chłopakowi ze Szczecina – nie będzie tutaj łatwo.


- Nawet nie liczyłem na żadną tarczę, czy ochronę z tytułu tego, że jestem ze Szczecina. Ja po prostu chcę się pokazać na boisku i tam będę się bronił. Tak jak powiedziałeś, Marcin Robak to będzie duch, który będzie nade mną krążyć. Trzeba z tym żyć. Pokażę, że nie będę gorszy.


Jesteś przygotowany na wszystkie porównania do Marcina? Nie drażni Cię to jeszcze?


- Szczerze? Lekko się zdziwiłem gwizdami po Werderze. Pierwszy mecz po praktycznie dwóch latach w Szczecinie, u siebie. Byłem przeszczęśliwy...


… a chwilę wcześniej strzeliłeś gola Legii, grającej w silnym składem, wysiadając prosto z pociągu.

 

- Może nie każdy o tym pamięta, może nie każdy to śledził? Wiadomo, mecz nie był rozegrany w Szczecinie. Tak jak mówię, lekko się zdziwiłem gwizdami. To tylko pokazuje, że wcale nie będzie mi łatwiej przez to, że jestem ze Szczecina. Ja na pewno się obronię na boisku. Wierzę swoje umiejętności. Nie będę swojej gry porównywał do Robaka, jak on by zrobił to czy tamto.


Można zauważyć podobieństwa między Tobą a Robakiem. Marcin to jest kolokwialnie mówiąc straszny „kafar”. Ale Ty przez ostatnie dwa lata chyba ładnie przypakowałeś co?

 

- Chyba tak. (śmiech) Sporo osób mi to mówi. To musi się przede wszystkim przydać na boisku.

 



A Tobie ta masa mięśniowa pomaga?

 

- Trenerzy byli zadowoleni z mojego sezonu, więc chyba tak. Trener Szatałow do lekkich trenerów nie należy i też kładł nacisk na siłownię. Ja też po treningach często zostawałem, sam dla siebie. Jeżeli chce się grac wyżej to trzeba być „profi” nie tylko na boisku ale też poza nim. Do domu się nie spieszyłem, zostawałem godzinę czy dwie dłużej na siłowni. Wiadomo, trzeba też wiedzieć kiedy można. Kiedy mieliśmy dwa treningi dziennie to siłownia nie wchodziła w grę.


11 na plecach, odważnie…

 

- 11 była wolna. Niewiele osób pamięta, że już przed poprzednim sezonem miałem ten numer. Może to też taka dodatkowa motywacja...

 

Mam nadzieję, że podołasz! Dzięki za rozmowę! 

 

 

foto: gs24.pl, fanpage Łukasza na facebooku

Tu podaj tekst alternatywny

Autor: Patryk Baliński
Żródło: własne
Wyświetleń: 1820

Komentarze dostępne tylko dla zalogowanych użytkowników. Zarejestruj się lub zaloguj tutaj.


Trwa ładowanie komentarzy...