Aktualności

  • "Przegląd Sportowy": Pierwszy wiosenny liść

Marcin Listkowski zadebiutował w PKO Ekstraklasie, zanim legalnie mógł kupić piwo, ale pierwszego gola strzelił dopiero dzień przed 22. urodzinami - czytamy w dzisiejszym Przeglądzie Sportowym.


– Nie ma go w szatni, nie wiem, co się z nim dzieje... Chodzą słuchy, że wybiegł po tej bramce i cały czas gdzieś biegnie poza stadionem. Ale mam nadzieję, że go znajdziemy – żartował uśmiechnięty od ucha do ucha pomocnik Pogoni Damian Dąbrowski. Mówił o Marcinie Listkowskim, który kilka chwil wcześniej w meczu z Wisłą Płock (3:2) strzelił swojego pierwszego gola w ekstraklasie. Czekał na to znacznie więcej chwil niż kilka – 83 mecze.

Nie było się do kogo odezwać

Nazajutrz świętował 22. urodziny. Wypadły w poniedziałek, od jego debiutu na najwyższym poziomie ligowym minęły 4 lata, 8 miesięcy i 10 dni. Kawałek czasu. Długo wszystko układało się świetnie. Dokładnie tak, jak trzeba. Ot, choćby szósta klasa podstawówki, do Rypina przyjechał Lider Włocławek, a za nim selekcjonerzy kadry województwa. Chcieli zobaczyć niejakiego Listkowskiego z miejscowego Lecha. Trener Bartosz Sobierajski doskonale o tym wiedział, specjalnie dał chłopcu opaskę kapitana i uprzedził, że ma się podwójnie starać. Poskutkowało, powołania przychodziły regularnie.

Potem przeprowadzka do Bydgoszczy do gimnazjum. Początkowo miał trafić do klasy zrzeszającej zawodników Zawiszy, ale nie palił się do zmiany klubu i zostawienia kolegów. I proszę, okazało się, że w Ośrodku Szkolenia Sportowego Młodzieży jest także klasa z piłkarzami reprezentacji województwa i nie musi opuszczać Lecha. W tygodniu będzie ćwiczył w stolicy regionu, na weekend jeździł na mecze ekipy z Rypina.

No i internat. Ulokowano go w czteroosobowym pokoju z Jakubem Wawszczykiem (dziś Arka Gdynia) i Kajetanem Sikorą, więc jedno łóżko było ekstra. To znaczy czasem kogoś im dobierano, ale najczęściej stało puste, więc grali w „Papier, kamień, nożyce”, zwycięzca łączył je ze swoim i miał jedno wielkie. Można powiedzieć królewskie. Nic, tylko wypoczywać po treningach.

Oczywiście były i przeszkody. Musiały być. Jednak raczej łatwe do przeskoczenia. Dla przykładu – pierwsze obozy reprezentacji regionu przebiegały w sztywnej atmosferze.

– Ja byłem takim zadziornym chłopakiem, nie odpuszczałem, lubiłem się pokłócić. No i na tym pierwszym zgrupowaniu widziałem, że krzywo na mnie patrzą, bo z kilkoma miałem jakąś spinkę na boisku. Złapałem kontakt z zawodnikami ze Świecia: Patrykiem Jarantowiczem, potem był w Zagłębiu Lubin, i Maćkiem Górą. Z nimi rozmawiałem więcej, ale poza tym był dystans. Nie każdy gadał z każdym. Na szczęście lody szybko zostały przełamane – opowiada Listkowski.

Po transferze do Pogoni też do pewnego momentu wszystko grało. Junior młodszy, potem starszy, debiut w III-ligowych rezerwach, potem zajęcia w pierwszym zespole i szansa w ekstraklasie. Szybko poszło, liczył wtedy nieco ponad 17 lat. W drugim występie w podstawowym składzie przeciwko Ruchowi Chorzów asystował Takafumiemu Akahoshiemu. Pokonali Niebieskich 2:0.

– W moim drugim pełnym sezonie w seniorach zaczęło się psuć. Głowa zrobiła się ciężka. Nie potrafiłem pokazać najlepszego siebie. Dawałem z siebie 100 procent, ale z boku to tak nie wyglądało. Niewiele mi wychodziło – przyznaje.

WIĘCEJ PRZECZYTASZ TUTAJ!

Autor: Przegląd Sportowy
Żródło: własne
Wyświetleń: 3216

Komentarze dostępne tylko dla zalogowanych użytkowników. Zarejestruj się lub zaloguj tutaj.


Trwa ładowanie komentarzy...