Aktualności

  • "Przegląd Sportowy": Portowe Bizancjum Sportowe

Początkowo był przepych, później piłkarze musieli nawet zrzucać się na paliwo, by wrócić z meczu. Tak rodziła się i upadała Pogoń Szczecin Sabriego B. - czytamy w dzisiejszym Przeglądzie Sportowym wspomnienie z czasów Pogoni z przełomu XX i XXI wieku.


Najpierw pojawił się Dariusz Dźwigała. W połowie stycznia 2000 roku przyjechał do Warszawy do gabinetu Sabriego B. umieszczonego w barakach przy dopiero co wybudowanym wieżowcu Reform Plaza. – Przed wejściem postanowiłem, że przy negocjacjach rzucę trzykrotność tego, co zarabiałem w Górniku Zabrze. Tak też zrobiłem, ale wówczas nieoczekiwanie pan Sabri zapytał: „Ale w jakiej walucie?”. Kompletnie zgłupiałem, nie wiedziałem, co powiedzieć, więc zgodnie z prawdą odparłem, że w złotówkach. Powiedział tylko: „OK, nie ma problemu” i złożył podpis pod umową. Później okazało się, że koledzy mają podobne kwoty, tylko w markach – śmieje się Dźwigała.

Tak zaczęła się najbogatsza i najbarwniejsza era w historii Pogoni Szczecin. Prawie równo 20 lat temu, w grudniu 1999 roku, znany turecki biznesmen zainwestował w klub i obiecał, że stworzy z niego polskie Galatasaray Stambuł. Zdobyte w 2001 roku wicemistrzostwo Polski wskazywało na to, że może mu się udać, ale tamten sukces okazał się tylko początkiem końca. Dziś, 18 lat później, Pogoń i B. są w zupełnie innych miejscach. Portowcy to liderzy ekstraklasy, znów walczą o mistrzostwo kraju. Natomiast B. podejrzany o wręczenie łapówki burmistrzowi warszawskiej dzielnicy Włochy przebywa w tymczasowym areszcie.

Miała być hala i galeria

– Pierwsze wrażenie? Bardzo pozytywne. Chociaż wtedy byliśmy w takiej sytuacji, że nawet gdyby sam Lucyfer zdecydował się pomóc, zgodzilibyśmy się – wspomina spotkanie z B. w czerwcu 1999 roku Krzysztof Lewanowicz, były prezes Pogoni. Klub był na skraju bankructwa, zadłużenie sięgało 5 mln zł. Niektórzy piłkarze od dwóch lat nie otrzymywali pensji. Lewanowicz dostał sygnał od znajomego, że jest w Warszawie bogaty Turek, który być może rozwiąże wszystkie problemy Pogoni. – Pierwszy milion dolarów zarobiłem na tureckim bazarze. Teraz mam w Stambule hotel i fabrykę obuwia – przedstawiał się wówczas B. w rozmowie z tygodnikiem „Wprost”. Ludomir Dyś, jego prawa ręka, uzupełnił, że szef karierę kupiecką rozpoczął już jako siedmiolatek. Bogaty, hojny, konkretny – kogoś takiego Pogoń bardzo potrzebowała. B. nie ukrywał jednak, że nie zamierza bawić się w filantropię. W zamian za stworzenie mocnej drużyny piłkarskiej chciał otrzymać od władz miasta w dzierżawę atrakcyjne tereny, na których miałby wybudować galerię handlową i kompleks sportowy z halą na 3 tysiące miejsc. Wszyscy mieli być zadowoleni. I początkowo wszyscy byli.

Panowie ze srogimi minami

– Twardy negocjator. Ale przy tym bardzo miły i wesoły człowiek. Czasami rozmawialiśmy do drugiej, trzeciej w nocy w dymie cygar, bo pan B. zawsze je palił. Najważniejsze, że kiedy już dochodziliśmy do porozumienia, nigdy nie zmieniał zdania – opowiada Dariusz Wieczorek, były wiceprezydent Szczecina, który negocjował z B. przekazanie 18 hektarów ziemi. Turek – uspokojony, że wszystkie szczegóły są już dogadane – przystąpił do budowy wielkiej Pogoni. Najpierw spłacił zadłużenie, a następnie zaczął skupować najlepszych piłkarzy w kraju. Latem 2000 roku do Szczecina przyszło w sumie 15 nowych graczy. Poprzedni sezon Pogoń zakończyła na

13. miejscu w tabeli, ale B. nie miał problemów z nakłanianiem do podpisania kontraktów piłkarzy z o wiele silniejszej Wisły Kraków (Kazimierz Węgrzyn, Brasilia, Grzegorz Kaliciak) czy Legii (Jacek Bednarz, Paweł Skrzypek). Przyszedł także występujący jeszcze do niedawna w Porto Grzegorz Mielcarski. Padł nawet pomysł sprowadzenia Chorwata Roberta Prosinečkiego, ale w tym przypadku właściciel klubu przekonał się, że jednak nie na wszystkich go stać.

– Pamiętam, że zwykle nie negocjował długo. Składał jedną propozycję, w odpowiedzi słyszał inną i zazwyczaj się na nią godził. Łatwo mu to przychodziło – mówi Bednarz i dodaje: – Sabri sprawiał wrażenie orientalnego emira. Zawsze przyjeżdża na pięknym koniu, czyli na dzisiejsze czasy drogim samochodem. I nigdy nie jest sam, wokół niego jest wianuszek ludzi ze srogimi minami, którzy zamiast szabel, bo jest XXI wiek, mają broń automatyczną i ostentacyjnie pokazują wszystkim wokół, że jeśli zajdzie taka potrzeba, mogą być groźni.

Lewanowicz tamtą Pogoń porównuje do Bizancjum. – Za moich czasów w klubie było pięciu pracowników administracji. A nagle pojawiło się ich pięćdziesięciu! W budynku klubowym zaczynało brakować dla nich miejsca. Był czas, że właściciel zatrudnił Krzysztofa Dmoszyńskiego i Zbigniewa Koźmińskiego. Zapytałem go kiedyś: „Po co panu ludzie, którzy nawet nie znają drogi do ratusza, więc i tak nic nie załatwią?”. „Bo mają kontakty w Warszawie” – odpowiedział. Zresztą cała otoczka klubu była znacznie przesadzona: wielkie czartery, bankiety, na których stoły aż się uginały od jedzenia i alkoholu... – mówi.

CAŁY MATERIAŁ ZNAJDZIESZ I PRZECZYTASZ TUTAJ!

Autor: Przegląd Sportowy
Żródło: własne
Wyświetleń: 6713

Komentarze dostępne tylko dla zalogowanych użytkowników. Zarejestruj się lub zaloguj tutaj.


Trwa ładowanie komentarzy...