Aktualności

  • V-KA EKSTRA: Miązek: Gram, kibicuję i tak już będzie do końca!

- Zakończyłem karierę ponad 20 lat temu, ale wciąż żyje Pogonią i ukochanym sportem, jakim jest piłka nożna. Gram, kibicuje i tak już będzie do końca - mówi w rozmowie z naszym serwisem Andrzej Miązek. Rozmawiał Marcel Kozłowski.


Zakończył Pan karierę ponad 20 lat temu. Jest wielu piłkarzy, którzy po piłkarskim życiu zupełnie odcina się od tego sportu,  bo najzwyczajniej czują przepych futbolem. W Pana przypadku jest zupełnie inaczej. Aktualnie pracuję Pan w Pogoni i jest Pan bardzo blisko życia klubu, a dodatkowo gra w piłkę przy każdej możliwej okazji.

- Kiedy odszedłem z Pogoni, trafiłem do Stali Telgom Szczecin, a następnie do Odry Szczecin. W pewnym momencie Odra upadła i znalazłem się we Flocie Świnoujście. Reprezentowałem ten klub przez 6 lat, jako grający trener. Aktualnie pracuje przy drugim zespole Pogoni jako kierownik techniczny, zajmuje się sprzętem. Tak jak powiedziałeś, zakończyłem karierę ponad 20 lat temu, ale wciąż żyje Pogonią i ukochanym sportem, jakim jest piłka nożna. Gram, kibicuje i tak już będzie do końca.

449 spotkań w barwach Pogoni Szczecin. Wspomnień z tego okresu zapewne co niemiara.

- Zgadza się. Zajmuje trzecie miejsce w historii klubu, jeśli chodzi o ilość rozegranych spotkań. Pierwsze miejsce należy do Mariusza Kurasa, drugie do Leszka Wolskiego.

Miano legendy klubu nie trafiło do Pana przypadkiem lub z błahego powodu, a trzeba powiedzieć, że właśnie w taki sposób wszyscy się do Pana zwracają "Legenda".

- Jest to bardzo miłe. Pamiętają o mnie również kibice, którzy często zaczepiają mnie na stadionie, ale również poza nim. Zdarza się to dosyć często i za każdym razem jest mi niezmiernie miło. Pamiętam, że za czasów mojej gry na stadionie był pewien kibic, który za każdym razem krzyczał "Andrzej, Andrzej!" i machał w moim kierunku. Po kilku razach go zapamiętałem i starałem się z nim witać w taki oto sposób.

Na takie miano trzeba było zapracować. Pamięta Pan swoją pierwszą styczność z szatnią Pogoni? Jak to wyglądało? Z tego, co udało mi się dowiedzieć, to trafił Pan pod skrzydła Zbigniewa Kozłowskiego.

- Zgadza się. Zapukałem do szatni, kulturalnie się przywitałem i zapytałem, gdzie mogę usiąść, ale nie dostałem żadnej odpowiedzi. Po chwili rękę podniósł Zbyszek i powiedział, żebym usiadł obok niego i tak już zostało.

Można w takim razie powiedzieć, że został Pana mentorem?

- Tak, zdecydowanie.

Reszta starszych, bardziej doświadczonych piłkarzy nie była zbyt chętna do tego, by wdrażać młodzież do zespołu? W końcu za Pana czasów było kilku charakternych zawodników.

- Ja po prostu wykonywałem czynności, które są przypisane do młodzieży. Nosiłem sprzęt, pompowałem piłki. Wszyscy w szatni byli w porządku na czele ze Zbyszkiem Kozłowskim. Zawsze, jak się widzimy, to ciepło się witamy.

A więc wchodzi młody piłkarz do szatni i na co może sobie pozwolić, a czego z kolei musi przestrzegać, jak świętego kodeksu.

- Ja akurat byłem bardzo grzeczny i kulturalny. Zawsze się z każdym witałem i starałem się pomóc, kiedy tylko mogłem.

Nie każdy młody piłkarz miał lub ma takie podejście. Zdarzają się różne wybryki i pewien brak szacunku dla starszych, zasłużonych zawodników.

- Tak, to się zdarza. Należy mieć szacunek do wszystkich zawodników w szatni. Tych starszych, jak i młodszych.

Z szatni przejdźmy na pierwszy trening w barwach Pogoni. Kto zrobił na Panu największe wrażenie pod względem piłkarskim?

- Zbyszek Kozłowski, Zbyszek Czepan, który był stosunkowo niski, ale wygrywał wszystkie pojedynki w powietrzu, jak i na ziemi. Adam Kensy, Marek Leśniak, Marek Ostrowski, Krzysztof Urbanowicz. Był również Marek Szczech, który był fantastycznym bramkarzem. Takich zawodników na swojej drodze spotkałem wielu. Grałem z nimi w drużynie, ale było też wielu piłkarzy, z którymi rywalizowałem m.in. Boniek, Szczęsny. Nigdy się ich nie bałem, na boisku nie ma na to miejsca.

Ludzie z charakterem i wielkimi umiejętnościami...

- Tak, było ich na prawdę wielu.

Był oczywiście również Pan, a więc obrońca, który swego czasu był wręcz nie do przejścia.

- Tak <śmiech>. Pamiętam, że podczas pewnego programu sportowego prowadzący zapytał Bogusława Cygana, byłego zawodnika m.in. Szombierki Bytom, o to, przeciw któremu obrońcy najciężej mu się gra. Wytypował mnie.

A więc był Pan doceniany również przez swoich przeciwników.

- Jak najbardziej, a to również bardzo cieszyło. Pamiętam jeden mecz, podczas którego zderzyłem się głową z rywalem, walczyliśmy o piłkę do takiego stopnia, że po meczu założono mi 16 szwów w szpitalu przy Jagiellońskiej, teraz nie ma po tym śladu, ale to była twarda i męska gra. - Pamiętam również sytuację z Grzesiem Mielcarskim. Również podczas walki o piłkę uderzył mnie łokciem. Po tej sytuacji powiedziałem mu, że mu oddam i tak zrobiłem. W kolejnej sytuacji wszedłem mu ostro w nogi i był znoszony z boiska. W spotkaniu z Górnikiem Zabrze przy 1:1 złapałem Jana Urbana wpół, bo wyszedłby sam na sam. Sędzia pkazał mi czerwony kartonik i wyprosił z boiska. Trener stwierdził, że dobrze zrobiłem. Mówię, jak dobrze, jak osłabieni jesteśmy? Ale utrzymaliśmy remis, po meczu podszedł do mnie Trener Jezierski i mówi: „Widzisz? Mówiłem, że dobrze! Te trzy mecze co pauzujesz, będziesz miał płacone."

Zaznaczmy to, że początkowo wcale nie był Pan defensorem, a wręcz przeciwnie. Rozpoczynał Pan jako napastnik.

- Jako napastnik trafiłem do Pogoni. Graliśmy międzyszkolne i tam wypatrzył mnie świętej pamięci pamięci Włodek Obst i ściągnął do juniorów Pogoni. Do obrony cofnął mnie trener kadry uznał, że w pewnym meczu zagram na środku defensywy. ,,Nie ma problemu, chcę grać!" - odparłem i ruszyłem! Akurat na meczu był szkoleniowiec pierwszego zespołu Pogoni Eugeniusz Ksol z kierownikiem. „Ej, co to za chłopak?” – zapytał Ksol podczas meczu. „Nasz, gra w juniorach” – padła odpowiedź. „To dawaj go jutro na trening” – zarządził trener. Oczywiście udałem się na ten trening, a po nim udałem się do prezesa i otrzymałem kontrakt na 5 lat!

Kontrakt, a co za tym idzie wynagrodzenie. Mógłby Pan zdradzić, ile wynosiło Pana wynagrodzenie w tamtych czasach?

- To było około 3000zł.

A więc na tamte czasy była to całkiem pokaźna kwota, choć jeśli spojrzymy na teraźniejsze umowy zawodników...

- Teraz mają 10 razy więcej...

O wiele więcej, ale wzrosły chyba także oczekiwania. Zgodzi się Pan z tym, że aktualnie piłkarze wykonują więcej pracy i muszą dać z siebie więcej niżeli za starych czasów?

- Myślę, że nie. My również naprawdę wkładaliśmy w treningi ogrom pracy.

Jednak na pewno trochę zmieniło się w kwestii samego treningu i przygotowania do meczu, o którym już wspomnieliśmy. Jak wyglądał typowy trening i przedmeczowa oprawa?

- Trening składał się z rozgrzewki, później było różnie. Czasami graliśmy w dziadka lub inne tego typu gry, chodziło o kontakt z piłką. Nie różni się to znacznie od tego, co widzimy teraz. Każdy musiał być perfekcyjnie przygotowany kondycyjnie. Mieliśmy treningi podczas których biegaliśmy do Lasu Arkońskiego, potem 30x100m na czas, a to i tak nic. Odprawa również nie różniła się od tej, która jest teraz. Trener przedstawiał nam plan na grę, przydzielał indywidualne krycie zawodników, wskazywał jak rozgrywać akcje i kto ma wykonywać stałe fragmenty gry.

To jak wygląda trening, jest zależne od podejścia trenera. Jedni stawiają na to, by piłkarze cały czas mieli piłkę przy nodze, a inni zaś skupiają się na dopracowywaniu motoryki. Przykładowo trener Runjaic należy do tej pierwszej grupy i skupia się na grze na małych przestrzeniach, co później widać na boisku.

- Tak. Podczas takich minigierek tworzą się boiskowe schematy i piłkarze znacznie lepiej się rozumieją. Mogą czasami zagrać w ciemno, bo wiedza gdzie może być ustawiony partner właśnie dzięki temu, ze systematycznie trenują takie aspekty. Za Pana trenera Jezierskiego mieliśmy trening na stadionie, a dokładniej przy starym zegarze. Trener zarządził, że mamy robić podskoki. Ja wtedy jeszcze młody zrobiłem to bez problemu, ale Pan Jezierski do mnie poszedł i powiedział "Młody, oszukałeś mnie! Powtarzaj." Byłem zdziwiony, bo przecież zrobiłem nawet nadmiar danego ćwiczenia. Męczył mnie w ten sposób trzy tygodnie, Az w pewnym momencie naprawdę odechciało mi się trenować. Nagle skończył się okres przygotowawczy, podszedł do mnie trener i mówi "Andrzej, na pierwszy mecz wychodzisz w pierwszym składzie, męczyłem Cię tak, bo chciałem sprawdzić, czy wytrzymasz psychicznie."

Szok i ogromne szczęście jednocześnie.

- Tak, byłem wtedy niesamowicie szczęśliwy. Pamiętam też moment, w którym zdobyliśmy wicemistrzostwo Polski. Trener podszedł do mnie po meczu, postawił wódkę i kieliszki i zaczął polewać mówiąc - "Pij młody, byłeś najlepszy!". Za jego kadencji 3 razy byłem wybieranym najlepszym piłkarzem.

Wydaje się, że zwykły gest, ale zapadł Panu niesamowicie w pamięci. 

- Tak. Był to niesamowity trener, męczył mnie niemiłosiernie, ale jak wiedział co robi.

Pozostańmy w wątku trenerów, bo spotkał Pan ich na swojej drodze wielu, a co najmniej kilku zasługuje na specjalnie wyróżnienia.

- Pan Ksol, Pan Jezierski, Pan Eugeniusz Różański, u którego miała miejsce ciekawa sytuacja. Zawsze po świętach mieliśmy robione badania. Przyjechałem, zrobiłem co trzeba i usłyszałem coś, co początkowo był dla mnie zupełnie niezrozumiałe. "Andrzej, jesteś na pierwszym piętrze, a pozostali są w piwnicy." - powiedział Pan trener. Zachodziłem w głowę, o co chodzi. Pojechaliśmy na obóz do Szklarskiej Poręby. W tamtym czasie śniegu było do pasa i nic nie musiałem robić w momencie, kiedy reszta drużyny musiała biegać w tych zaspach. Przygotowanie fizyczne zawsze dawał mi pewności siebie, bo wiedziałem, ze w kluczowym momencie będę w stanie pomóc drużynie i dać od siebie jeszcze trochę. Pamiętam też sytuację ze zgrupowania w Sosnowcu. Trener Eugeniusz Różański założył się ze mną o piwo, że nie dam rady wytrzymać w pewnej pozycji na drążku przez 33 minuty. Przegrał to piwo <śmiech>.

Z tego, co mi wiadomo, to przygotowanie motoryczne zawsze była Pana mocną stroną.

- Tak, a to dawało mi pewność siebie. Wiedziałem, że wytrzymam każdy mecz.

Wróćmy jeszcze na moment do wprowadzania młodych zawodoników do zespołu. Wspomnieliśmy o tym, kto wprowadzał Pana, ale warto też powiedzieć o tym, że Pan także przywitał na pokładzie kilku ciekawych zawodnikow.

- Wprowadzałem do zespołu m.in. Darka Adamczuka, Macieja Stolarczyka, Olgierda Moskalewicza, czy Radosława Majdana, ale było ich wielu.

Po Radku Majdanie było od razu widać, że będzie świetnym bramkarzem?

- Tak, od razu było to u niego widać. Świetny bramkarz i człowiek. Zawsze, jak przyjeżdża na mecze, to się witamy i zameniamy słówko.

GKS Katowice, czyli jeden z legendarnych klubów, z którymi Pan rywalizował. Gdybym poprosił Pana, aby wskazał Pan trójkę najbardziej zasłużonych drużyn, które kreowały historię naszego rodzimego futbolu, to jakie by Pan wskazał?

- Dla mnie na pierwszym miejscu jest oczywiście Pogoń. Wskazałbym także Ruch Chorzów i Katowice.

Ruch Chorzów i GKS Katowice, walka z takimi zespołami w momencie, gdy brylowały na boiskach na pewno nie należała do najłatwiejszych i najprzyjemniejszych.

- To prawda, choć na przykład pamiętam spotkanie, które wygraliśmy aż 8:2 z GKS-em. Hokejowy wynik. Pamiętam, ze wysokim wynikiem, bo 5:1 zakończył się tez mecz z Lechią Gdańsk. Nawet strzeliłem wtedy gola i to nie byle jakiego! Dostałem podanie od Marka Ostrowskiego i uderzyłem z dystansu prosto w tzw. widły. Był również wynik 7:2, ale nie pamiętam z kim wtedy rywalizowaliśmy.

Wydaje mi się, że teraz o taki wynik jest o wiele ciężej, bo poziom ligi się wyrównał. Każdy może wygrać z każdym, a kiedyś były dosyć spore przepaście pomiędzy drużynami z góry oraz dna tabeli.

- Pokazuje to nawet przykład Arki, która ostatnio urwała nam punkty. 

Piłkarze z innego rejonu, co mam na myśli? Czy zawodnik z powiedzmy Poznania, ma inne podejście i inną wolę walki w momencie, gdy gra dla klubu spoza swojego miasta, np. w Szczecinie?

- Jest coś takiego, to prawda. Piłkarze mają inne podejście i zawsze miejscowy da więcej serducha.

Choć w przypadku Pogoni, to nie do końca się sprawdza. W końcu z Poznania zawitali do nas m.in. Radosław Majewski, Rafał Murawski i doskonale wiemy jaką jakość prezentowali.

- Był również m.in. Araszkiewicz Jarek i on też emocjonalnie związał się z naszym klubem. 

Natrafiłem na wywiad, który udzielił Pan parę lat temu. Było to za czasów trenera Dariusza Wdowczyka, choć nie o niego chce zapytać, a o piłkarza, którego prowadził. Mówię o Akahoshim. Wtedy przyznał Pan, że ten chłopak jest kluczowym zawodnikiem i świetnie patrzy się na niego, kiedy ma piłkę przy nodze. Czy w zespole trenera Runjaica jest piłkarz, który robi na Panu podobne wrażenie?

- Adam Buksa. Świetny zawodnik. Ułożony na boisku, jak i poza nim. Strzela ważne bramki, bierze na siebie ciężar gry i walczy od pierwszego gwizdka. Wyróżniłbym także Benedikta Zecha, robi na mnie wrażenie i czasami widze w nim siebie. Bardzo podobny styl gry. Wracając jeszcze do Buksy. Uważam, że jak odejdzie do innego, większego klubu, to sobie tam poradzi. Wyróżnię jeszcze Adama Frączczaka, legenda. Jest również Sebastian Kowalczyk, gra świetnie mimo młodego wieku, ma serce do walki i aktualnie jest jednym z kapitanów.

Ap ropo kapitanów. Można powiedzieć, ze aktualnie jest ich trzech - Kamil Drygas, Sebastian Kowalczyk i Adam Frączczak. Wiele mówi się na temat kontuzji tego pierwszego, czyli Drygasa. W Pana mniemaniu uraz Kamila był faktycznie aż tak znaczący, jak się mówi?

- Tak, jest to świetny zawodnik. Podobnie jak Adam Buksa, jest bardzo ułożony, ogromna kultura. Na boisku potrafi zagrać ostro, strzelić bramkę, napędzać ofensywę, ale jednocześnie pamięta o tym, aby wspierać kolegów w obronie. Pod względem wyczucia gry i dobierania odpowiedniego tempa jest jednym z najlepszych w naszej lidze. Uważam, że jego brak jest bardzo widoczny, a kontuzja jest kluczowa, przecież wokół niego była budowana cała drużyna. Jest też bardzo związany z Pogonią, żyje tym klubem.

Kibice, doping i cała oprawa meczowa, to był element, który potrafił Pana napędzić?

- Zdecydowanie. Pamiętam, że prawie dwie godziny przed meczem stadion się zapełniał. Kibice i ich doping, to dla piłkarzy ogromna motywacja. Ryk kibiców Pogoni dawał niesamowitego kopa.

Pamięta Pan jakiś wyjazdowy mecz, podczas którego kibice gospodarzy dopingowali tak zaciekle, że aż ciężko było skupić się na piłce?

- Był taki jeden mecz w Veronie. Nie mieliśmy jak ze sobą rozmawiać na boisku i wprowadzać jakichś korekt, bo było tak głośno.

Zapewne równie dobry doping będzie na nowym stadionie, domyślam się, że podchodzi Pan do budowy z ogromnym sentymentem.

- Wychowałem się na tym stadionie. Tyle rozegranych spotkań, tyle wspomnień, historia. Cieszę się, że prace idą tak szybko i już za jakiś czas będziemy mogli rozgrywać mecze na nowym obiekcie.

Pierwszy mecz na nowym stadionie... uroni Pan łzę?

- Jasne, że tak i to na pewno nie tylko ja. To samo zrobią wszyscy kibice Pogoni.

Jedno z ostatnich pytań. Wspomnieliśmy o piłkarzach, stadionie, a na koniec należy wspomnieć również o architekcie, który jest odpowiedzialny za dobre wyniki Pogoni, czyli trener Runjaic. 

- Bardzo otwarty człowiek. Żyje naszym klubem i miastem. Fachowiec, który potrafił poukładać grę Pogoni. Pamiętajmy gdzie byliśmy, kiedy przychodził, a gdzie jesteśmy teraz. Mam nadzieje, że w niedzielę zawalczymy o trzy punkty, choć Piast tez ma dobrego trenera, Fornalika. Miałem okazję przeciwko niemu zagrać.

Lepszy jako zawodnik, czy trener?

- To i to na solidnym poziomie. Dobrze radził sobie na boisku, ale jak widać, teraz odnajduje się także jako trener. W końcu jego drużyna zdobyła mistrzostwo.

Bilety.fm

Autor: Marcel Kozłowski
Żródło: własne
Wyświetleń: 3933

Komentarze dostępne tylko dla zalogowanych użytkowników. Zarejestruj się lub zaloguj tutaj.


Trwa ładowanie komentarzy...