Potrafi pan odpuszczać?
Na pewno nie lubię.
Ze względu na wzrost?
Od dziecka musiałem udowadniać, że warto mieć mnie w zespole. Babcia Ewa miała dom jednorodzinny na Gumieńcach i chodziła ze mną na pobliskie boisko. Betonowa nawierzchnia, drewniane bramki z siatkami. I długo mogłem je tylko oglądać z boku, babcia zawsze słyszała od kopiących tam chłopców: „Nie, proszę pani, on za mały jest. Nie chcemy mu krzywdy zrobić”. Wreszcie brakowało jednego do wyrównanych składów, wzięli mnie z przymusu. Po tamtej gierce miejsce dla mnie przestało być kłopotem.
A pan sobie sam krzywdy nie zrobił, kiedy ćwiczył parkour? Podobno intensywnie.
Miałem taki etap, że faktycznie razem z kolegami z ulicy byliśmy tym zafascynowani. Szukaliśmy starych tapczanów i kanap, opieraliśmy je o ściany, wbiegaliśmy i robiliśmy salta. Kumple byli bardziej doświadczeni, więc podpatrywałem i próbowałem powtarzać ich ruchy. Nie chciałem być gorszy, szedłem we wszystko, ale na szczęście nigdy nic złego się nie stało. Do dzisiaj umiem zrobić salto.
Może po golu w ekstraklasie?
Mam w planach, jednak spokojnie do tego podchodzę. Nie nakręcam się.
Nie byłoby pana w ekstraklasie, gdyby nie Salos Szczecin?
Z pewnością. Kiedy odrzucono mnie w Arkonii, ciocia dowiedziała się o naborze do Salosu. Prowadził go ksiądz Tadeusz Balicki, wieloletni prezes i założyciel klubu. Po pierwszych zajęciach zaprowadził mnie do trenera Piotra Łęczyńskiego. Dużo później dowiedziałem się, że poprosił go na bok i powiedział: „Uważaj na niego. To będzie piłkarz”. Występowałem u tego szkoleniowca sześć lat, w dużym stopniu mnie wychował. Wycierał gile z nosa...

* Komentarze w serwisie www.PogonSportNet.pl zamieszczane przez jego użytkowników są ich prywatną opinią. Serwis nie ponosi odpowiedzialności za ich treść. Jeśli jednak administratorzy dostrzegą naruszanie dóbr osobistych, zmuszeni będą do usunięcia komentarza, a w przypadku powtarzania się sytuacji, zablokowania konta użytkownika.
Komentarze (0)
Brak komentarzy.