Na naszą redakcyjną skrzynkę wpadł mail z tekstem i ciekawymi zdjęciami od Krzyśka, kibica Pogoni Szczecin z Albanii. Pełną treść znajdziecie poniżej.
Każdy kibic ma swój własny „moment zero”, od którego zaczyna pisać swoją prywatną kronikę miłości do klubu. Choć wyniki Pogoni śledziłem już wcześniej, to właśnie 1986 rok stał się dla mnie początkiem wyjątkowej, trwającej już cztery dekady pasji – zbierania klubowych memorabiliów. Dziś, gdy wielkimi krokami zbliża się ten 40-letni jubileusz mojej kolekcjonerskiej drogi, uświadomiłem sobie, jak niesamowitą klamrą spina go obecny kalendarz ligowy. Sezon kończymy bowiem starciem z rywalem, od którego – w pewnym sensie – wszystko się dla mnie zaczęło.
Przeglądając ostatnio moje domowe archiwa, natrafiłem na prawdziwy skarb z tamtego okresu – mały, niepozorny biuletyn meczowy wydany przed wyjazdowym starciem z GKS-em Katowice jesienią 1986 roku. Wiem, że wielu z Was, czytających ten tekst na portalu, ma za sobą znacznie dłuższą historię na Twardowskiego, jednak to właśnie ten odnaleziony po latach program natchnął mnie do podzielenia się tą osobistą, pełną sentymentu refleksją.
Spojrzenie w tabelę: Pogoń na samym szczycie i "błąd życia"
Gdy otworzyłem ten archiwalny program meczowy, moją uwagę od razu przykuła wydrukowana w nim tabela. Po 7. kolejce sezonu 1986/1987 Pogoń Szczecin dumnie prężyła muskuły na pierwszym miejscu w tabeli Ekstraklasy! To były niesamowite czasy dla szczecińskiej piłki. Drużyna naszpikowana legendami, z Markiem Leśniakiem na czele (który w tamtych rozgrywkach ustrzelił aż 24 bramki), szła jak burza.
Z postacią „Valdano” wiąże się zresztą moja bardzo osobista historia. Gdy niedługo później, w 1988 roku, Leśniak odchodził ze Szczecina do niemieckiego Bayeru Leverkusen, jako małoletni kibic postanowiłem wraz z kolegą zrobić coś szalonego – po prostu odwiedziliśmy go w jego prywatnym mieszkaniu na osiedlu Słonecznym (Słoneczne Zachód). Pan Marek w trakcie jednej z wizyt w Szczecinie, przyjął nas niesamowicie ciepło. Wyszedłem od niego z absolutnym hitem tamtych czasów: oryginalnymi ochraniaczami Adidasa z jego własnoręcznym podpisem! Niestety, jako dzieciak nie rozumiałem jeszcze, jak cenny artefakt trzymam w rękach. Popełniłem wtedy prawdopodobnie największy błąd mojego kibicowskiego życia – uległem podwórkowej modzie i bezmyślnie przehandlowałem te ochraniacze z kolegami za inne, błahe gadżety... Do dziś na tę myśl łapię się za głowę!
Sam wspomniany w biuletynie mecz 8. kolejki w Katowicach, rozegrany 21 września 1986 roku, przyniósł twardą walkę i zakończył się remisem 1:1. Punkt wywieziony z trudnego terenu na Śląsku pozwolił nam utrzymać pozycję lidera i kontynuować marsz po historyczne, drugie w historii klubu wicemistrzostwo Polski. (Co ciekawe, w rundzie rewanżowej wiosną '87 w Szczecinie Pogoń wręcz zmiażdżyła GieKSę, wygrywając aż 7:2!).
Artefakty kibicowskiej tożsamości
Biuletyn to niejedyna pamiątka z tamtych lat, jaką przechowuję jak relikwię. Do dziś mam dwa oryginalne, materiałowe proporczyki z 1986 roku. W czasach PRL-u, gdy nie było oficjalnych sklepów z pamiątkami, takie rzeczy zdobywało się poprzez wymiany z kibicami z innych miast. Miały one wartość złota.
Dziś moja kolekcja urosła do ogromnych rozmiarów i choć mam w niej kilkadziesiąt meczowych koszulek z autografami piłkarzy Pogoni oraz innych asów polskiej piłki – w tym m.in. specjalnie dla mnie dedykowaną koszulkę od Roberta Lewandowskiego, trykoty Tomasza Hajty z czasów jego występów w Bundeslidze, a nawet sędziowską koszulkę Szymona Marciniaka z podpisem – to właśnie te papierowe i materiałowe artefakty, które zapoczątkowały moją pasję w 1986 roku, mają dla mnie największy ładunek emocjonalny. (I może dlatego tak bardzo pilnuję ich po tamtej bolesnej lekcji z ochraniaczami Leśniaka!).
Dwa znaczenia słowa „miejsce”. Gdzie jesteśmy wczoraj i dziś?
Wspomnienia te wracają nieprzypadkowo. Już za dwa dni na zakończenie obecnego sezonu Pogoń Szczecin rozegra domowe starcie. Los chciał, że naszym rywalem będzie... dokładnie ten sam GKS Katowice, z którym mecz zapowiadał mój 40-letni biuletyn.
Gdy myślę o tym meczu w kontekście słowa „miejsce”, czuję ogromny kontrast. Z jednej strony patrzę na miejsce geograficzne – na nasz dom przy ul. Twardowskiego. Dzisiejszy zmodernizowany, piękny obiekt to jeden z najładniejszych stadionów w Polsce, z którego każdy z nas może być absolutnie dumny. Z drugiej jednak strony, obecne miejsce w tabeli Ekstraklasy nie do końca odzwierciedla nasze ambicje. Końcówka tego sezonu pozostawia spory sportowy niedosyt, zwłaszcza gdy człowiek spojrzy na ten stary biuletyn, gdzie przed tamtym meczem z Katowicami patrzyliśmy na resztę stawki z samego fotela lidera.
Choć tym razem los rzucił mnie daleko od Szczecina i fizycznie nie będę mógł zasiąść na trybunach, sercem i myślami będę na Twardowskiego. Bo niezależnie od tego, czy Pogoń jest pierwsza, czy akurat przechodzi przez trudniejszy moment, niemal 40 lat temu zaszczepiłem w sobie tę pasję, zbierając pierwsze proporczyki. I głęboko wierzę, że ten sentymentalny mecz z GKS-em Katowice na naszym pięknym stadionie będzie początkiem budowania nowej, wielkiej Pogoni, która już niedługo sportowo wróci na sam szczyt – dokładnie tam, gdzie widziałem ją na kartkach mojego pierwszego biuletynu z 1986 roku.
Portowcy, do boju!
Pozdrawiam z Albanii
Krzysztof Grzelczak
Uwaga!
Dla lepszego doświadczenia użytkowników komentarze są początkowo niewidoczne. Kliknij „Zobacz komentarze", aby je pokazać i dołączyć do rozmowy.