Pogoń Szczecin to jeden z tych klubów Ekstraklasy, które od kilku lat mają wyraźny pomysł na siebie. Tyle że ten pomysł nigdy nie był taki sam przez dwa sezony z rzędu. Najpierw zespół Kosty Runjaicia budował siłę na porządku, cierpliwości i dobrej organizacji. Potem Jens Gustafsson podkręcił tempo, dodał pressing i więcej ryzyka. Robert Kolendowicz próbował z kolei połączyć ofensywną odwagę z większą dbałością o szczegóły taktyczne. Jesienią 2025 roku nastąpił kolejny rozdział – po odejściu Kolendowicza ławkę objął Thomas Thomasberg.
Historia kolejnych trenerów w Pogoni nie jest więc jedynie historią zmian kadrowych. To raczej opowieść o tym, jak ten sam klub co roku inaczej rozumiał przewagę: raz jako kontrolę, raz jako intensywność, raz jako precyzję, a ostatnio coraz częściej jako umiejętność zarządzania meczem.
Punktem wyjścia tej historii jest końcówka pracy Runjaicia. W sezonie 2021/22 Pogoń zajęła trzecie miejsce w Ekstraklasie. Najlepszym ligowym strzelcem był Luka Zahović z jedenastoma golami, a najwięcej minut rozegrał Dante Stipica. Sam Runjaic opisywał początki swojej pracy w Szczecinie przez pryzmat poprawy defensywy i lepszego operowania piłką – i to właściwie wyczerpuje opis tamtej Pogoni. Nie chodziło o szaleństwo, lecz o stabilność i powtarzalność. Drużyna wiedziała, gdzie ma być bez piłki i co robić po odbiorze.
W liczbach wyglądało to następująco: średnia prędkość akcji kończących się strzałem wynosiła zaledwie 2,43 m/s, co dawało dopiero 15. miejsce w lidze. Aż 35 procent podań w pole karne stanowiły dośrodkowania, a po wysokim pressingu Pogoń oddawała tylko 2,97 strzału na mecz. Drużyna ceniła strukturę ponad chaos, co w realiach Ekstraklasy miało sens – przynosiło punkty i ograniczało liczbę meczów wymykających się spod kontroli.
Kolejny etap wiązał się z ograniczeniami. Wyniki Pogoni pozostawały solidne, lecz niekiedy brakowało jej odrobiny szaleństwa – umiejętności przyspieszenia w momencie, gdy rywal był już niemal zwyciężony. W ważnych fragmentach sezonu wciąż pozostawało wrażenie, że drużyna jest blisko czegoś dużego, ale jeszcze nie potrafi wejść poziom wyżej. Stabilność miała swoją cenę: Pogoń była trudna do rozbicia, ale nie zawsze równie skuteczna w zadawaniu ostatecznego ciosu. Jej mecze częściej układały się pod kontrolę niż pod dominację.
Odejście Runjaicia po 169 meczach nie było więc jedynie zmianą nazwiska na ławce: kierownictwo klubu szukało nowego, bardziej odważnego i gotowego na szaleństwa lidera. Wniosek Kosty Runjaicia nie pozostał jednak bez oceny. Te 1697 dni spędzone przez trenera w Szczecinie umożliwiły nie tylko zdobycie dwóch brązowych medali, lecz też zrobienie czegoś ważniejszego. Pojawiły się ambicje, które były skutecznie realizowane w kolejnych sezonach. Na razie jednak Runjaić zostawił po sobie zespół dojrzalszy niż ten, który obejmował – wciąż jednak bez tytułu. To ważne, bo każda kolejna odsłona Pogoni była już budowana nie od zera, ale na fundamencie pozostawionym przez Niemca: lepszej organizacji, wyższych oczekiwaniach i przekonaniu, że klub powinien grać o coś więcej niż spokojny środek tabeli.
Gdy w maju 2022 roku Pogoń ogłosiła angaż Jensa Gustafssona, było jasne, że klub chce coś do swojej tożsamości dodać. Szwed był kojarzony z intensywnością i mocą fizyczną, co szybko okazało się czymś więcej niż konferencyjnymi hasłami. Już pierwszy sezon pod jego wodzą przyniósł wyraźną zmianę – Pogoń przestała tylko kontrolować mecze, zaczęła je przyspieszać. Chciała odbierać piłkę wyżej i atakować natychmiast po jej odzyskaniu.
W sezonie 2022/23 w dwóch kluczowych obszarach wyróżniała się na tle całej ligi. Pod względem kontrpressingów była najlepsza – 35,26 przy ligowej średniej 30,22. Nikt też nie oddawał tylu strzałów po wysokim pressingu: 3,56 na mecz. Zmieniły się przy tym nawyki po przechwycie. W jednej z analiz porównujących obu trenerów padło wprost, że Gustafsson „chce grać wyżej" i że „pierwsze podanie po przechwycie ma iść do przodu". Dane to potwierdzały – tempo akcji wzrosło z 2,43 do 2,75 m/s. Udział dośrodkowań w podaniach w pole karne spadł z 35 do 27 procent, co oznaczało, że Portowcy zaczęli szukać innych dróg pod bramkę rywala. Atak stał się bardziej pionowy, agresywny i mniej przewidywalny.
Największa zmiana nie polegała jednak wyłącznie na samym pressingu, ale na pierwszej decyzji po odbiorze. U Runjaicia przechwyt często porządkował akcję, u Gustafssona miał ją od razu przyspieszyć. Pogoń zaczęła grać bardziej „do przodu niż dookoła”, a przewaga częściej rodziła się z rytmu i energii niż z cierpliwej kontroli. Twarzą tej zmiany był przede wszystkim Kamil Grosicki – zawodnik idealny dla futbolu opartego na przyspieszeniu, atakowaniu wolnej przestrzeni i natychmiastowym wykorzystywaniu momentu przewagi.
Za tę zmianę trzeba było jednak zapłacić. W sezonie 2022/23 Pogoń zajęła czwarte miejsce, a najlepszym strzelcem w lidze był Kamil Grosicki z trzynastoma trafieniami. Klub zyskał energię, lecz stracił część dawnego bezpieczeństwa. Według analiz portalu Weszło właśnie defensywa była największym minusem tej ewolucji – Pogoń straciła 46 goli, o piętnaście więcej niż sezon wcześniej. Bardziej otwarta gra i odważne wyjścia sprawiały, że rywale częściej dostawali przestrzeń. Portowcy potrafili narzucać tempo, ale nie zawsze umieli potem mecz w nim domknąć. To była cena za odwagę: większa liczba momentów, w których Pogoń przejmowała inicjatywę, szła w wymianę ciosów i spychała przeciwnika, ale też większa liczba sytuacji, gdy sama zostawała odsłonięta. Zespół grał efektowniej, lecz nie zawsze dojrzalej.
Drugi pełny sezon Gustafssona miał być odpowiedzią na te słabości. W pewnym sensie nią był. Sztab wyciągnął wnioski i szukał zawodników lepiej pasujących motorycznie do energetycznego futbolu. Do kadry trafili między innymi Linus Wahlqvist, Leonardo Koutris, Danijel Loncar czy Joao Gamboa. To ważny detal – model gry nie żyje w próżni, a jeśli trener wymaga presji, sprintu i szybkiego doskoków, musi mieć do tego odpowiednich ludzi. W sezonie 2023/24 Pogoń znów zakończyła ligę na czwartej pozycji, Grosicki po raz kolejny był najskuteczniejszym strzelcem z trzynastoma golami, a drużyna dotarła do finału Pucharu Polski. Na Stadionie Narodowym przegrała po dogrywce z Wisłą Kraków 1:2.
Ofensywna tożsamość klubu była już wówczas bardzo czytelna. Pogoń chętnie odzyskiwała piłkę blisko bramki rywala, dynamikę kreowały skrzydła – przede wszystkim Grosicki – a wiele zależało od tego, jak drużyna potrafiła dostarczyć piłkę napastnikowi w pole karne. I właśnie tu ujawnił się problem ciągnący się od kilku lat. Pogoń umiała zagrać efektownie, zepchnąć rywala, wejść do finału. Nie umiała postawić kropki nad i. Projekt Gustafssona doprowadził klub do momentu, w którym styl przestał być dodatkiem, a stał się oczekiwaniem. Od Pogoni nie chciano już tylko rozwoju i atrakcyjności – zaczęto wymagać dowodu w postaci trofeum. Brak trofeum po takim sezonie mocno zmienił sposób, w jaki patrzono na cały projekt – od drużyny chwalonej za rozwój oczekiwano już konkretnego sukcesu.
Lato 2024 przyniosło kolejny zwrot. Gustafsson rozpoczął sezon, lecz w połowie sierpnia odszedł do saudyjskiego Al-Fateh. Klub postawił na jego dotychczasowego asystenta, Roberta Kolendowicza. Ruch ciekawy – oznaczał jednocześnie ciągłość i zmianę. Kolendowicz znał drużynę od środka, ale jako samodzielny trener od razu mówił wyraźnie o własnym projekcie rozłożonym na etapy. W wywiadach podkreślał, że nie patrzy na pracę krótkofalowo. Zaznaczał też, że statystyki są dla niego ważne, lecz nie mogą zastąpić oglądania meczu: najpierw obraz, potem liczby. Za tą filozofią kryła się konkretna myśl o szukaniu równowagi między analityką a piłkarskim wyczuciem.
Szczególnie interesujące były jego słowa o samej ofensywie. Kolendowicz kładł nacisk na to, by wejście w trzecią tercję i pole karne było zaplanowane, a nie przypadkowe. Mówił też o „gotowości na następną akcję" – natychmiastowej reakcji po stracie lub odzyskaniu piłki, także u zawodników oddalonych od miejsca zdarzenia. Brzmiało to jak model bardziej szczegółowy niż u poprzedników: nie tylko grać szybko i wysoko, ale wiedzieć dokładnie, jak wejść w niebezpieczną strefę. Pogoni dawało to większą elastyczność w przejściach między fazami gry.
Rezultaty były widoczne, choć znów nie zakończyły się zdobyciem trofeum. W sezonie 2024/25 Pogoń dotarła do kolejnego finału Pucharu Polski – tym razem przegrała z Legią Warszawa 3:4. W lidze znów skończyła na czwartym miejscu. Wielkim bohaterem okazał się Efthymis Koulouris z 28 bramkami w ligowych statystykach klubu.
To ogromna liczba, która sporo mówi o charakterze tej wersji Pogoni. Ataki miały wyraźny punkt końcowy, a drużyna nie polegała już wyłącznie na dynamice skrzydeł – dysponowała napastnikiem regularnie zamieniającym przewagę na gole. Akcenty przesunęły się wyraźnie: chodziło nie tylko o kreację, ale też o maksymalne wykorzystanie snajpera w polu karnym.
Twarzą tej Pogoni był właśnie Koulouris – nie tylko jako klasyczny finalizator, ale jako piłkarz, wokół którego porządkowano wiele ofensyw. To pod niego i pod jego obecność w polu karnym łatwiej było planować sposób wejścia w ostatnią fazę akcji. Zmiana była subtelna, ale istotna, zarówno dla klubu, jak i miłośników obstawiania jego wyników na stronach typu Mostbet casino Poland: wcześniejsze wersje Pogoni częściej budowały przewagę samym ruchem i intensywnością, ta Kolendowicza wyraźniej podporządkowała grę temu, by przewaga kończyła się strzałem konkretnego zawodnika. I znów pojawił się znajomy paradoks: zespół wyglądał dojrzalej w ataku, miał lidera liczb, potrafił dojść do finału, a mimo to w decydującym momencie zostawał bez trofeum.
Kolendowicz prowadził Pogoń od 15 sierpnia 2024 do 16 września 2025 roku. 30 września 2025 nowym szkoleniowcem został Thomas Thomasberg. Z rozmowy z Tanem Keslerem wynikało, że klub chciał zachować ofensywną tożsamość, poprawiając kilka rzeczy, które przez ostatnie sezony nie funkcjonowały dość dobrze: intensywność biegania, balans drużyny i grę w obronie. Kesler podkreślał, że Thomasberg ma być bardziej pragmatyczny, ale nie kosztem gry progresywnej. Nowa Pogoń ma dalej dominować u siebie i grać ofensywnie – tyle że mądrzej.
Kesler przyznał wprost, że nie każdy zawodnik nadaje się do wysokiego pressingu, dlatego potrzebna jest „szczypta pragmatyzmu". Na początki Thomasberga można więc patrzeć jak na próbę połączenia dwóch światów: progresywnej gry i posiadania piłki z jednej strony, większej ostrożności, lepszej defensywy i elastyczności zależnej od składu – z drugiej. Pod koniec lutego 2026 roku oficjalny przekaz klubowy mówił już o trzech kolejnych wygranych 1:0. Dziewięć punktów w trzech meczach nie brzmi jak romantyczna opowieść o najpiękniejszym futbolu w lidze, lecz bardzo dobrze pasuje do obecnego etapu Pogoni – klubu, który od dawna wie, że sama atrakcyjność gry nie wystarcza.
Patrząc na ostatnie sezony szerzej, widać, że każda zmiana trenera przesuwała akcenty, lecz nie zrywała całkowicie z obranym kierunkiem. Runjaic zbudował zespół bardziej uporządkowany i konkurencyjny. Gustafsson dołożył intensywność, pressing i grę bardziej pionową. Kolendowicz próbował jeszcze precyzyjniej poukładać ofensywę – z większym naciskiem na szczegóły i wykończenie. Thomasberg wydaje się natomiast szukać modelu, w którym ofensywny rozmach zostanie wreszcie pogodzony z defensywną solidnością.
Jednocześnie coś w Pogoni pozostawało stałe. Niezależnie od nazwiska na ławce klub konsekwentnie stawiał na grę aktywną, a nie bierną. Nawet gdy zmieniały się proporcje między kontrolą, tempem i ryzykiem, ambicja pozostawała ta sama: Pogoń miała nie tyle przetrwać mecz, ile grać go na swoich warunkach. Problem przez długi czas nie polegał więc na braku stylu. Problemem było raczej to, że każda kolejna wersja tej drużyny w którymś momencie odbijała się od tego samego sufitu – od braku trofeum, które nadałoby temu wszystkiemu ostateczny sens.
Uwaga!
Dla lepszego doświadczenia użytkowników komentarze są początkowo niewidoczne. Kliknij „Zobacz komentarze", aby je pokazać i dołączyć do rozmowy.